Wywiad

„Jak jesteś dobry, bądź jeszcze lepszy…” – rozmowa z Dariuszem Pietrasiakiem

Młodzi piłkarze wiele rzeczy słyszą, oni wiele rzeczy wiedzą, słyszą jak Cristiano Ronaldo trenuje, że wraca z meczu Serie A i jeszcze idzie na siłownię po tym, bo nie był zmęczony, ale on to wdraża w życie. Żeby oni te wszystkie rzeczy, o których mówią, żeby byli profesjonalistami, żeby się dobrze utrzymywali, żeby mocno trenowali, żeby byli skoncentrowani i tak dalej, żeby oni je wdrażali w życie. To jest dla mnie rada dla każdego zawodnika młodszego – mówi w obszernym wywiadzie dla SerwisKSZO.pl, były reprezentant Polski, Dariusz Pietrasiak. Z byłym mistrzem Polski i piłkarzem KSZO porozmawialiśmy m.in. o początkach jego kariery, spotkaniach w reprezentacji, trenerze Oreście Lenczyku, szaleństwach Józefa Wojciechowskiego, okresie jako trener KSZO, a także o tym czego jako piłkarz żałuje ze swojej kariery

Mateusz Jamiński: Zacznijmy może od tego, jak się u Ciebie zaczęła przygoda z piłką i kiedy w zasadzie pomyślałeś, że to może być coś więcej niż tylko takie granie z kumplami jakoś po pracy?

Dariusz Pietrasiak: Zaczynało się od B-klasy, ale poważne granie zaczęło się w Ostrowcu, jak trafiłem do KSZO do pierwszego zespołu, bo piłka juniorska, a piłka seniorska to są zupełnie dwie inne piłki, to nawet nie ma co dyskutować. Pomimo, że graliśmy z trenerem Krajewskim wiele sparingów z seniorami i tak dalej, ale dopiero jak wchodzisz do tej szatni seniorskiej, to się dzieje, to co się ma dziać. Wchodziłem do szatni seniorskiej, był Marek Ramotowicz, Tomek Żelazowski, Piotrek Stokowiec, później był Wojtek Małocha, Grzesiek Klepacz, Marcin Wróbel, Rafał Lasocki. Pierwsza moja styczność z szatnią KSZO, to było to, że wchodziłem i mówiłem na „Pan”, bo byli starsi, bardziej doświadczeni, ja ich oglądałem albo w telewizji, albo z trybun. Także wtedy się zaczęło takie poważne granie w piłkę.

Ciężko było wejść do tej drużyny II-ligowej?

Ja grałem w juniorach KSZO, mieliśmy bardzo dobry zespół – Piotrek Donoch, Rafał Barański, Krystian Kanarski, Jasiek Dziewięcki, Rafał Maj, z takimi mocnymi czwartoligowcami graliśmy jak równy z równym, ale sam przeskok z juniorów, pomimo, że graliśmy w makroregionie, do drugiej ligi, to był bardzo duży przeskok, nie ma o czym mówić. Miałem to szczęście, że KSZO był wtedy akurat połączony ze Starem Starachowice – Star Starachowice to był drugi zespół, no i trenowałem cały czas tu w Ostrowcu, a grałem w Starachowicach. To też mi dużo dało granie w Starze, bo się ogrywałem na poziomie seniorskim.

To była IV liga?

Nie, to była okręgówka, robiliśmy awans do czwartej ligi.

A czy sama Ekstraklasa (wtedy nazywana I ligą – przyp. red.), to już faktycznie był taki poziom, gdzie Ty sobie pomyślałeś, że jednak jeszcze Tobie trochę brakuje do tego piłkarskiego topu?

Do topu na pewno, bo wchodziłem jako młody chłopak, miałem 19-20 lat jak debiutowałem, zaczynałem grać, później 21 lat jak z Wisłą Kraków pierwszy mecz tutaj graliśmy…

Bardzo mocną Wisłą, dodajmy.

Bardzo mocną Wisłą, sami reprezentanci Polski chyba jak sięgam pamięcią, ale te mecze w I lidze (wtedy II liga – przyp. red.) też dużo dawały, zwłaszcza, że awansowaliśmy do Ekstraklasy.

A kiedy sytuacja w KSZO zaczęła się tak naprawdę psuć? Bo jest sezon 01/02, wszystko fajnie, utrzymujemy się, ale później w sezonie 02/03 mamy aferę grypową i jest ta runda wiosenna, w której przegrywamy wszystkie mecze i spadamy.

Dokładnie, nie takie były ustalenia. Ja byłem wtedy młodym zawodnikiem, nie pamiętam dokładnie jak to wszystko wyglądało, wiadomo, że Rada Drużyny chodziła i rozmawiała na te tematy, były obiecywane pieniądze i tak dalej, no a tych pieniędzy cały czas nie było i tak się stało jak się stało, że powstała ta „afera grypowa”.

A ta runda wiosenna z piętnastoma porażkami, jak Wy to odbieraliście w szatni, czy byliście źli, że cały czas „w plecy”, czy jednak trochę dumni, że w wielu meczach walczycie jak równy z równym, na przykład z bardzo mocną Wisłą, z trzecim wówczas GKS Katowice, gdzie wielu z tych zawodników kończyło później na poziomie trzeciej ligi czy okręgówki?

Jedno i drugie. Byliśmy i bardzo źli i dumni, że możemy jeszcze grać w Ekstraklasie. Tych kibiców, wiadomo, trochę mniej przychodziło i tak dalej, ale przede wszystkim byliśmy źli, bo przegrywaliśmy. Jeżeli przegrywasz jeden, drugi, trzeci mecz, ta frustracja narasta i głowa siada jak dostawaliśmy z kimś bramkę. Pomimo tego, że na przykład mecz z Wisłą Kraków był bardzo dobry – przegraliśmy tylko 0:1, a Wisła Kraków zdobyła wtedy Mistrzostwo Polski i grała w pucharach, ale cały czas przegrałeś ten mecz. Jak już było wiadomo, że praktycznie nie ma szans na utrzymanie, to każdy rozglądał się za innym klubem, zwłaszcza ci zawodnicy, którzy byli spoza Ostrowca, spoza tego regionu, bo chyba zostałem ja i może jeszcze ze 3-4 zawodników tylko na nowy sezon.

Zdjęcie z jesieni 2003, Dariusz Pietrasiak w środkowym rzędzie trzeci od lewej

Od razu chciałeś po sezonie iść gdzieś dalej, czy stwierdziłeś, że jednak poczekasz, zobaczysz, jak to będzie wyglądało w tej II lidze?

Nie, chciałem zostać, bo Ostrowiec to jest moje środowisko, od piętnastego roku życia tutaj mieszkam, chodziłem do szkoły, cały czas mam tu wielu znajomych, przyjaciół i tak dalej. Stwierdziłem, że jest II liga, nie mam konkretnych propozycji, jedna gdzieś się przewijała, później dowiedziałem się, że z klubu Ekstraklasy w tym momencie akurat, ale zdecydowałem się zostać jeszcze te pół roku czy rok. Miało być wszystko dobrze, miało być wszystko poukładane i zdecydowałem, że zostanę w Ostrowcu.

Ostatecznie po pół roku wyszedł transfer do Bełchatowa, który okazał się być bardzo dobrym wyborem z perspektywy czasu. Awans do Ekstraklasy, najpierw z trenerem Mariuszem Kurasem, którego później zastąpił trener Orest Lenczyk. Pomówmy chwilę o trenerze Lenczyku – co było jego największą siłą i cechą, dzięki której osiągał sukcesy?

Na początku, jak przyszedł trener Lenczyk, to na pierwsze mecze on mnie nawet nie brał do kadry, bo wtedy trener Kuras mnie przesunął do drugiej drużyny, a on mnie przywrócił do pierwszej drużyny. Ale w ogóle on na mnie nie patrzył, nie liczył, nic w tym sensie. Co prawda byłem zawodnikiem GKS, ale liczyłem się z tym, że w grudniu mi podziękują.

Do kiedy miałeś kontrakt?

Rok albo półtora roku… Tak, jeszcze półtora roku miałem kontrakt, do końca sezonu 06/07. Ale myślę sobie, że jak już tu nie gram, byłem w drugiej drużynie i tak dalej, to… ale zacząłem z nimi trenować i nagle po którymś treningu mnie trener Lenczyk zawołał i mówi: „Potrenowałeś trochę, to – wiesz co – od następnego tygodnia będę Ci się bardziej przyglądał, może na ławkę pojedziesz”. Mówię: „Ok, dziękuję”, ale też nie liczyłem za bardzo na to, że dostanę jakieś tam szanse, bo za trenera Kurasa grałem albo na prawej obronie albo w środku. Nagle jednak gramy mecz z Koroną Kielce, trener Lenczyk stwierdza, że musi być zmiana, wpuszcza mnie na stopera, zagrałem dobry mecz, nie straciliśmy bramki i tak dalej. Po meczu mnie delikatnie pochwalił i zacząłem grać te mecze, jeden, drugi, trzeci. Pamiętam, pojechaliśmy na Górnik Zabrze, taki mega-ciężki mecz, bo akurat byliśmy sąsiadami w tabeli. Wygraliśmy 1:0, później przyjechała Wisła Kraków, super zespół, zremisowaliśmy 0:0, gdzieś się to napędzało z kolejnym sezonem, wiadomo, przygotowania i tak dalej. Rywalizacja też była spora, bo doszli nowi zawodnicy, ale mi to tak „załapało”, tak dobrze zaczęło to wyglądać, że stałem się podstawowym stoperem i tak już później zostało do ostatnich lat.

A jak drużyna traktowała te metody treningowe trenera Lenczyka, które były – przynajmniej na tamte czasy – specyficzne, na przykład treningi z judokami, zajęcia z piłkami lekarskimi, plus to słynne cmokanie na zawodników.

Tak, cmokanie… Po zmianie trenera okazało się, że wszyscy nagle dobrze biegają, on nam kazał wszystko wolno robić, my w szoku, jakieś inne metody treningowe… my mówimy, co my robimy, każdy się za głowę na początku łapał, bo albo tylko na siłownię, albo trochę pograć w siatkówkę, w piłkę ręczną, ale gdzie piłka? Natomiast tak: mecz wygrany, mecz zremisowany, mecz wygrany, dobrze gramy, ktoś nas zaczyna chwalić… Gdzieś tam w szatni dyskutujemy: „Ty, może rzeczywiście gdzieś w tym kierunku trzeba iść?” Dopiero później po czasie, jak każdy to zobaczył, co się dzieje i jak to zaczyna wyglądać, docenił jego pomysł na pracę, przede wszystkim fizyczną, bo każdy zaczął się wtedy fizycznie rewelacyjnie czuć, zaczął dobrze biegać, nie trzeba było biegać kilometrów na treningu, tylko inne rzeczy robiliśmy na gumach, nie na gumach, na siłowni z talerzami, nad płotkiem, pod płotkiem, zejście, wyjście, koordynacja się poprawiała i taka sprawność ogólna, przy tym każdy miał jakiś określony swój potencjał piłkarski i załapało to tak, że te mecze zaczęliśmy wygrywać i zaczęło to wszystko bardzo dobrze wyglądać.

A był jakiś taki moment przełomowy, po którym uwierzyliście, że naprawdę możecie iść na mistrza? Co prawda z jednej strony Bełchatów, który bodajże nigdy wcześniej nie był więcej niż dwa sezony w Ekstraklasie, trener Lenczyk, który wraca do Ekstraklasy po trzech latach, a z drugiej strony jak patrzy się na ten skład to tak: Rafał Boguski, Edward Cecot, Carlo Costly, który później zagra na mundialu i strzeli bramkę, Rafał Grodzicki, Łukasz Garguła, Dawid Nowak, Radek Matusiak, Marcin Kowalczyk, Ty, to naprawdę była strasznie mocna ekipa, nie wiem nawet czy nie mocniejsza niż ten Śląsk, który był mistrzowski.

Wiesz co, nie wiem czy mocniejsza… Wiadomo, bardzo mocna ekipa, tylko, że ci zawodnicy jak przychodzili, to oni przychodzili w okienku zimowym z trzeciej ligi, czyli z drugiej teraz. Bo „Grodzio” przyszedł z Wieliczki, Marcin Kowalczyk przyszedł ze Stali Głowno, Dawid chyba z Ciechocinka, „Komor” przyszedł z Pabianic i my utrzymaliśmy się, ok, ale zaczynając nowy sezon, nikt nie liczył, że będziemy grali o mistrza. Jak jakieś tam premie ustalaliśmy, to było: dobra, tyle, czy tyle, każdy rzucał na zasadzie jakby miał przebiec 100 metrów w 10 sekund, a wiadomo, że nie przebiegniesz. My to na początku tak odbieraliśmy, ale jak zaczęliśmy wygrywać jeden, drugi, trzeci, czwarty, piąty mecz, porażka, znowu dwa, trzy, cztery mecze wygrywasz, znowu jakiś tam remis i jesteś cały czas w czubie, to po pierwszej rundzie każdy uwierzył, że jesteśmy w stanie zamieszać mocno.

Też Łukasz Garguła i Radek Matusiak grali już wówczas w reprezentacji, strzelali bramki…

Strzelali bramki, asystowali i tak dalej, byli cały czas powoływani, to też dużo dawało nam, że ten zespół był mocny i było wiadomo, że z takiego Bełchatowa można też się wybić.

Czy odejście Radosława Matusiaka było taką główną przyczyną, że to mistrzostwo uciekło?

Na pewno, bo to był bardzo dobry zawodnik, a im masz więcej dobrych zawodników na danej pozycji, tym jakość treningu rośnie mocno. Ja patrząc teraz przez pryzmat Płocka, gdzie byłem asystentem, po pierwszej rundzie mieliśmy piąte miejsce i graliśmy super, ale nikt nie zwrócił uwagi na to, że dwunastu zawodników odeszło. Później jak już nie masz tych zawodników, to ta jakość treningu jest słabsza w ciągu tygodnia. Tydzień, dwa się nic nie stanie, ale kolejny tydzień już nakręca tą spiralę, że w ciągu tygodnia nie masz zbliżonych warunków meczowych, tylko masz słabsze. Człowiek się przyzwyczaja do lajtowego, nie ma takiej rywalizacji. A jak każdy dostaje szansę i widzi, że ta rywalizacja jest, to to napędzało. Tak samo tutaj, mieliśmy takiego lidera bramek w postaci Radka, nagle odszedł, gdyby było nas trzech, to możesz czasami na dwóch zagrać, ktoś może iść na skrzydło, masz wartość dodaną. Ok, przyszedł Carlo Costly, ale wiemy, że proces aklimatyzacji i tak dalej. Chłopak z Hondurasu, relatywnie młody, uczył się europejskiej piłki, polskiej piłki, bo polska piłka też, wiemy, że jest specyficzna. Wiadomo, był Rafał Boguski, przyszedł Carlo Costly i gdyby Radek wtedy został, to naprawdę mamy już taki bardzo dobry skład, mega mocny.

No właśnie, bo jednak do tej 27. kolejki wszystko układało się super, ale później przegrywacie z Koroną i przegrywacie z Wisłą. Widziałem ten film autorstwa Canal+ kiedy siedzicie w szatni po pierwszej połowie i żywiołowo dyskutujecie o tym, że nie złapaliście Jeana Paulisty na spalonym.

Mogę powiedzieć, że – po fakcie – wiadomo, że po fakcie zawsze się fajnie mówi, mogliśmy wtedy z tą Wisłą zagrać bardziej ostrożnie, bardziej wyrachowanie, bardziej na wynik niż na mistrzostwo. W dwóch meczach potrzebowaliśmy czterech punktów, więc remis by wystarczył. My się bardzo mocno nakręciliśmy po porażce z Koroną, że musimy zmazać plamę, musimy tą Wisłę ograć. Liczyliśmy, bo to były dwie kolejki ostatnie – wiadomo, o tej samej porze – że jak my wygramy, a Zagłębie nie wygra, to mamy mistrzostwo już w Bełchatowie i do Szczecina jedziemy na wręczenie medali. Uważam, że wtedy brakło nam trochę takiego doświadczenia, że ktoś mógłby złapać za lejce: spokojnie, wytrzymajmy ciśnienie, sytuację jakąś swoją stworzymy, a za bardzo poszliśmy i odsłanialiśmy się, bo liczyliśmy, że musimy ten mecz wygrać, później była też ta szybko stracona bramka. Trochę źle rozegraliśmy to taktycznie.

Na takie podejście mógł też wpłynąć mecz w Krakowie z rundy jesiennej wygrany 4:2, gdzie naprawdę zaprezentowaliście się super.

Tak, wtedy super zagraliśmy, jeszcze w dziesiątkę od 25. minuty, ale to był taki mecz, że co nie kopnęliśmy to bramka i nam wychodziło praktycznie wszystko w jedenastu. Później w dziesiątkę, wiadomo, już trochę gorzej, ale też jeszcze strzeliliśmy bramkę i mieliśmy kolejną świetną sytuację, Łukasz Garguła nie strzelił, ale gdyby Wisła wtedy też trafiała, co miała, tak jak nam przyfarciło, to mogło być i 4:4.

W tej 30. kolejce mogła jeszcze Legia pomóc (grała z Zagłębiem – przyp. red), nawet wtedy prowadziła, ale Hubert Siejewicz nie uznał bramki dla Legii na 2:2. Powiem szczerze, że wtedy bardzo mi się ten ofensywny Bełchatów podobał, ale nie mogę uciec od słowa niedosyt, bo tak: później jeszcze przegrany finał Pucharu Ekstraklasy, przegrany w kolejnym sezonie Superpuchar, Puchar Polski, dwumecz z Dnipro po remisie w pierwszym wyjazdowym meczu też przegrany. Słowem: mimo wszystko niedosyt.

Tak, bardzo duży niedosyt był, bo pomimo, że wygrywasz, jesteś w tej czołówce, ale jak nie zdobywasz tych najważniejszych trofeów, to czegoś Ci brakuje cały czas. O to się gra, o to cały czas pracujesz mocno, żeby na tym szczycie być, żebyś zdobył ten puchar, żebyś zwieńczył dzieło, że tak powiem. A tutaj, wiadomo, w pucharach za szybko odpadliśmy, wszystko mieliśmy w swoich rękach, ale nie zdobyliśmy Mistrzostwa Polski. Nawet grając finał Pucharu Ekstraklasy na stadionie w Bełchatowie też go nie zdobywasz, słabo to wychodziło, byliśmy w czubie, ale nie było tego najważniejszego.

A jak trener Lenczyk reagował po tych kolejnych porażkach? Słyszałem, że on takie porażki dusił w sobie, nie było jakichś krzyków, tylko on się zachowywał w taki nieco bardziej stonowany sposób.

On się zawsze zachowywał podobnie, a tym bardziej nawet spokojny był po porażkach, bo nawet teraz patrząc jak sam jestem trenerem… każdy wie, że przegrałeś mecz, każdy wie, że nie poszło, każdy wie, że słabiej zagrałeś, gdy jeszcze będziesz kogoś nakręcał i mu wytykał błędy i tak dalej, to ta ludzka psychika idzie w złą stronę. Jak to już są zawodnicy doświadczeni, ograni, mający dziesiątki meczów na najwyższym poziomie, czy I liga, czy Ekstraklasa, czy reprezentacje, to oni wiedzą, kiedy grali dobrze, kiedy źle, to są inteligentni ludzie i oni zdają sobie sprawę z tego, jak to wygląda. Bardziej przy zwycięstwach potrafił być nieprzyjemny jak ktoś coś źle zrobił niż przy porażkach, przy porażkach raczej podchodził do tego na spokojnie. Minęło 2-3 dni, jakaś analiza delikatna, ale też nie za krótka, do jakiejś sytuacji się odniósł. On uwielbiał dyskusje z zawodnikami, żeby na forum zajmować głos, żeby każdy coś mówił i tak dalej i tak dalej, on to uwielbiał.

To ciekawe, bo akurat on mi się kojarzył z taką osobą, powiedziałbym, apodyktyczną. 

Nie, właśnie na tych odprawach, kiedy mówił, to mówił, ale kiedy nie, to mówcie, rozmawiajcie, dyskutujcie i tak dalej. Ale miał już taką wiedzę, doświadczenie i taką „czutkę”, że jak widział, że coś idzie w takim kierunku, który mu się za bardzo nie podoba, to pomimo tego, że mieliśmy przygotowane analizy na dziesięć czy piętnaście sytuacji, to my analizowaliśmy jedną lub dwie sytuacje i na tym kończył. I taka dyskusja się robiła, że to, co on miał do powiedzenia, to wszystko było powiedziane w tej jednej sytuacji. On tą sytuację kończył i mówił: okej, koniec, kropka i tyle.

Wracając jeszcze do występów w europejskich pucharach, warto wspomnieć o dwóch bramkach, które zdobyłeś z Ameri Tbilisi. Natomiast, co stało się w rewanżu, że dopiero po karnych wygraliście ten dwumecz?

Wiesz co, ja akurat później złapałem kontuzję, także nie grałem na wyjeździe. Natomiast teraz jak rozmawiałem na kursie UEFA PRO z Łukaszem Włodarkiem (były asystent w Rakowie – przyp. red.), jak oni pojechali do Karabachu, w lecie, Raków, to tam po prostu nie masz czym oddychać. Gdy drużyna pojechała do tego Tbilisi, to chłopaki opowiadali, że tam po prostu stoisz i się z Ciebie leje, nie możesz się ruszyć za bardzo, a dla nich to jest normalne. Wiadomo, stracisz na 0:1 i już się robi nerwówka, bo masz dwumecz i odpadasz. Trochę byliśmy wystraszeni tym faktem, a nie wzmocniliśmy się, uważam, aż tak mocno, bo praktycznie doszło do nas tylko dwóch zawodników – Herrera, Sanchez… a, no i Patryk Rachwał… okej, jeszcze Paweł Magdoń. To czterech, ale uważam, że z przodu nie było aż takich wzmocnień, żeby to jeszcze mocniej pociągnąć.

Koniec końców jednak trener Lenczyk nie wyciągnął Was z tego dołka, bo, co zwróciło moją uwagę to, to, że w tym sezonie 2007/08, strzeliliście bardzo mało bramek – tylko trzy zespoły w lidze, czyli Zagłębie Sosnowiec, Polonia Bytom i ŁKS miały mniej. Zajęliście dziewiąte miejsce, więc widać było, że to powietrze z Was uleciało.

Tak, ale trener Lenczyk był tylko pięć meczów na wiosnę, mieliśmy piąte miejsce po pierwszej rundzie, a na wiosnę przegraliśmy pięć meczów z rzędu i w klubie zdecydowali, że trzeba zmienić trenera.

Chyba drużyna nie była z tego zadowolona….

Nie, my mocno optowaliśmy za tym, żeby trener został, bo widzieliśmy, jakie są jego metody treningowe, miał wrócić Radek Matusiak na pół roku, ale jednak się nie dogadali, stwierdzili, że nie ma pieniędzy. Wydaje się, że trochę „siedliśmy” mentalnie i musiała nastąpić zmiana.

Później przyszedł trener Złomańczuk, a po nim Rafał Ulatowski i o niego chciałbym zapytać, bo w pewnym momencie zapowiadało się, że on może zajść bardzo wysoko jako trener, a teraz tak naprawdę bardziej pracuje jako ekspert. Co u niego poszło nie tak? Za bardzo chciał? Był przemotywowany?

To był trener z dużą wiedzą merytoryczną, z niezłym podejściem do zawodników i tak dalej…, nie wiem, czasami tak po prostu się dzieje, że jak bardzo chcesz… On jak przyszedł to robił te odprawy w PowerPoint, to dla nas było to coś nowego, fajnego, bo to był 2008 rok i każdy „Wow!” , jeszcze pracował w reprezentacji, dobry kontakt z zawodnikami, fajne podejście, a później nie wiem dlaczego… Załapało u nas, dwa razy mieliśmy piąte miejsce, czyli ten zespół na TOP 8 w Polsce był cały czas bez problemu. Jeśli zdobywasz dwa razy z rzędu piąte miejsce, to daj Boże zdrowie, żeby każdy zespół z takim potencjałem jak Bełchatów tyle osiągał, bo kibicowsko nie był to klub jak Legia, Lech, Wisła, Ruch, Widzew, czy inne zespoły, tylko mniejsze miasto. Czemu nie wyszło? Nie wiem, piłka, czasami się złą decyzję podejmie, nie wiem, jak to dobrze nazwać, żeby trafić w samo sedno…

Jak czytałem z nim wywiad, to mi się rzuciło w oczy coś takiego, że on żyje piłką, on analizuje, on dużo czyta, ale może tego jest po prostu aż za dużo.

Tak, bo piłka nożna to w sumie jest prosty sport, ale proste rzeczy są najtrudniejsze, czasami się doszukujesz nie wiadomo czego. Każdy mecz pisze swój scenariusz i jaki masz wpływ na to, że Twój zawodnik kopie innego zawodnika i na przykład nie wykorzysta sam na sam? W treningu nie będzie żadnej takiej sytuacji przez pięć lat, a jak czasami coś nie idzie, to w meczu taka sytuacja będzie miała miejsce.

Później odchodzisz do Polonii Warszawa, gdzie rządzi Józef Wojciechowski. To była bardzo ciekawa drużyna, w tym sensie, że ciągle coś się działo za sprawą prezesa. Jak to teraz wspominasz po latach?

Bardzo mocny zespół piłkarsko, naprawdę, był Ebi Smolarek, Adrian Mierzejewski, Łukasz Trałka, był Marcelo Sarvas, który później grał w Los Angeles Galaxy, Bruno, Andreu, ja dołączyłem, był Marek Sokołowski, Patryk Rachwał, Sebastian Przyrowski w bramce, Gołębiewski, Brzyski, Jodłowiec, Wszołek wchodził, Sadlok, Sobiech… Jak mieliśmy gry, to było mega ciężko wybrać skład. Uważam, że super, że tacy ludzie jak prezes Wojciechowski są w sporcie, że dają pieniądze, ale on za szybko chciał zrobić sukces, w ciągu roku. Uważam, że w piłce nożnej i w grach zespołowych generalnie jest ciężko w ciągu chwili zrobić sukces. Jakby on, mówię, nawet mniej płacił i tak dalej, a na dłuższy czas sobie to rozłożył, to jest na tyle ambitny gość, z dużą pasją do tego, z pieniędzmi, że – prędzej czy później – ten sukces by zrobił. My na pięć pierwszych meczów, trzy pierwsze mecze wygrywamy, czwarty remisujemy, piąty przegrywamy i zmieniają trenera Bakero. Masz drugie czy trzecie miejsce, wygrywasz z Legią 3:0, na Górniku 2:0, z Zagłębiem Lubin 2:1, remis na Widzewie 0:0, przegrywamy z Koroną 1:3 i zmieniają trenera. Zareagowano dziwnie, myśleliśmy, co się dzieje, jaki jest powód, żeby zmienić trenera Bakero, jak wszystko jest ok. Później gdzieś tam z kuluarów dowiadywaliśmy się, że on (prezes Wojciechowski – red.) chciał o wszystkim decydować, o wszystkim rządzić. Przyszedł trener Janas, bardzo dobry trener, ale pracował chwilę, w zimie zmieniają Janasa (śmiech). Pracował, nie wiem, dziesięć kolejek, zmiana trenera. Przychodzi później Theo Bos, trzy kolejki, zmiana trenera.

Tak, pięciu trenerów mamy w tym sezonie – Bakero, Janas, ś.p. Theo Bos, Piotr Stokowiec i Jacek Zieliński.

Przychodzi Stokowiec, dwie kolejki jest, czy jedną, jedną chyba, nie no, zmiana (śmiech), przychodzi Jacek Zieliński. No dobra, trener Zieliński pracował dłużej, to skończyliśmy na siódmym miejscu. Dlatego mówię, że te częste zmiany trenerów i taka niepewność, to nikomu to dobrze nie służy, bo nie wiadomo jak pracować, kogo wystawić, co zrobić, żeby drużyna się zintegrowała, żeby była scalona i tak dalej. Co chwilę wywracano o 180 stopni wszystko, i sami nie wiedzieliśmy, co będzie następne, czy będzie kolejny zawodnik wyrzucony, czy co. Wiesz, nie pokazujesz pełni swoich umiejętności. Myślę, że trochę spokoju, trochę chłodnej głowy i myślę, że ten sukces Wojciechowski by osiągnął. Ebi Smolarek też trochę pograł i po jednym sezonie odszedł, gdzie miał naprawdę dobry wpływ na szatnię, ta grupa też się integrowała. Jakby on wytrzymał tym składem dłużej z jednym trenerem, przygotować to wszystko żeby się zgrało, zazębiło i tak dalej, to myślę, że w następnym sezonie byśmy się bili mocno o mistrzostwo.

On chyba nawet nie chciał poświęcić jednego sezonu, żeby w kolejnych był sukces, a czasem tak trzeba po prostu.

Oczywiście, prezes Wojciechowski stwierdził, że ma być na już.

A mieliście w szatni taką szyderkę z niektórych wypowiedzi Józefa Wojciechowskiego, np. tej o bolącym zębie z 1979 roku?

Nie no, wiadomo, że ktoś coś tam rzucił, jakieś żarty w szatni i tak dalej, jak to w każdej szatni, ale on był tam szanowany przez wszystkich chłopaków, bo dobrze płacił…

Artur Sobiech miał bodajże 100 tysięcy złotych miesięcznie, taka kwota krążyła przynajmniej.

Nie wiem, nie widziałem kontraktów Artura Sobiecha, ani żadnego innego zawodnika, ale to były dobre kontrakty, na tamte lata, to wiadomo, że to były bardzo dobre pieniądze.

Jeśli chodzi o Polonię, to jeszcze zapytam o ten mecz, który odbył się tu, w Ostrowcu, w 1/8 finału Pucharu Polski, kiedy Wy wygraliście, ale z problemami, bo po dogrywce.

Dogrywka była? Tak, 2:0 po dogrywce, bo 0:0 było w normalnym czasie gry, KSZO miał sytuacje, pamiętam Krystian Kanarski strzelał głową, ale wygraliśmy.

Ciężej było niż myśleliście?

Na pewno, ale wiesz, gdzie nie jedziesz w Pucharze Polski, to tym teoretycznie słabszym, co by się nie działo, to będą im bili brawo. My, wiadomo, przyjeżdżamy jako Polonia Warszawa, reprezentanci Polski i tak dalej, to każdy napina się mocno. Mówię, jeden mecz w Pucharze, wiesz, że musisz go wygrać, albo przegrasz, albo wygrasz, nie ma tak, że zremisujesz, bo masz jeden mecz. Wiadomo, że to na psychikę trochę działa, to jest inaczej niż jak w lidze grasz – dobra, wygrasz, przegrasz, zremisujesz i gdzieś tam się karuzela dalej kręci, ale tutaj, w Pucharze, to czasem jest mecz do jednej sytuacji, że po prostu albo wygrywasz, albo przegrywasz i odpadasz. Mieliśmy też podobną sytuację wcześniej, graliśmy na Zniczu Pruszków, też wygraliśmy dopiero po golu w 90. minucie, chyba Bruno strzelił, a Znicz grał wtedy ligę niżej. Także mówię, Puchar Polski to często są ciężary, naprawdę.

Ostatnie pytanie dotyczące Polonii – jak wspominasz Radka Majdana?

Bardzo dobrze, Radek końcówkę grał, później złapał kontuzję, bardziej przeszedł na tą drugą stronę. Był trenerem bramkarzy, pomagał w klubie ogólnie, bardzo otwarty człowiek, mega inteligentny, pomocny, naprawdę top, top gościu.

Później przechodzisz do Śląska, gdzie oprócz Mistrzostwa Polski zaliczacie w sumie niezły występ w pucharach, bo wyeliminowaliście Dundee United, Lokomotiw Sofia i odpadacie dopiero w ostatniej rundzie eliminacji Ligi Europy z Rapidem Bukareszt.

Tak, mieliśmy na tyle potencjał, żeby wyeliminować ten Rapid Bukareszt, ale u siebie za łatwo straciliśmy bramki, przegraliśmy 1:3, tam było 1:1, można to było zdecydowanie u siebie… prowadziliśmy 1:0, mogliśmy to dowieźć, ale potem za łatwo straciliśmy bramki.

Liga rumuńska była też wtedy trochę mocniejsza, bo kluby z tego kraju grały wówczas regularnie w Lidze Mistrzów.

Tak, to były naprawdę mocne zespoły, jak analizowaliśmy zawodników, skąd przychodzili i tak dalej, to wszyscy gdzieś byli blisko reprezentacji swoich krajów.

Później jako zawodnik Śląska miałeś jeszcze mniej przyjemny moment w postaci wypadku i na zakończenie tej rocznej przygody duży sukces w postaci mistrzostwa Polski. To też chyba była fajna chwila dla trenera Lenczyka, zwłaszcza po tym sezonie w Bełchatowie, że w końcu dopiął swego. Kto tam był takim najlepszym, kluczowym zawodnikiem dla tego tytułu mistrzowskiego z tamtego sezonu?

Kluczowych było wielu, bo na pewno była świetna atmosfera. Był Sebek Mila ze swoją charyzmą i takim nakręcaniem zespołu, ale oni już się wcześniej znali, bo ta grupa była już dwa lata ze sobą grająca. To było wicemistrzostwo wcześniej, czyli oni już byli trochę zaprawieni w tych bojach; doszedłem ja, doszedł „Cetnar”, doszedł później Voskamp, doszedł Marek Wasiluk. No i taka się zrobiła ekipa, dobrze też trener Lenczyk akurat tak zawsze tworzył zespoły, żeby dany zawodnik pasował do grupy – żeby w grupie się dobrze odnajdywał, żeby był dobrym zawodnikiem, ale też żeby do tej grupy dobrze pasował. Myślę, że my też się tam dobrze wbiliśmy do tej grupy. Rywalizacja była spora, bo graliśmy w Lidze Europy i w Pucharze Polski, a on cały czas kręcił tymi składami, że tam nie było wiadomo, kto kiedy zagra. On miał taką zasadę, że dwóch meczów dobrych z rzędu nigdy nie możesz zagrać…

Fot. PAP/Bartłomiej Zborowski

Ktoś strzela dwie bramki, sadzam go na ławkę, bo drugiego takiego meczu nie zagrasz…

Tak, on tym składem cały czas rotował, zmieniał, to była taka sytuacja, że tam było wielu zawodników naprawdę dobrych, nie było zawodników wybitnych w tym sensie, że ktoś był ponad drużynę, ale byli bardzo dobrzy, bo był Piotrek Ćwielong, Waldek Sobota, Sebastian Mila, Jarek Fojut, Piotrek Celeban, Sebastian Dudek, Diaz doszedł. Naprawdę to byli bardzo dobrzy jak na polskie warunki zawodnicy.

Decydująca bramka na Wiśle Roka Elsnera, wygrywacie Mistrzostwo Polski, po którym niestety odchodzisz do Maccabi Netanja.

Niestety, odchodzę do Maccabi. Wyszły sprawy, o których nie chcę za bardzo dyskutować, nie do końca wszystko było tak, jak było to przedstawiane w mediach i tak dalej…

Chciałbyś rozwinąć temat?

Nie, nie chcę tego tematu rozwijać, bo to jest taki temat…, już nie ma co „odgrzewać kotletów”.

Ok, ale czy zarząd Śląska przy nieprzedłużeniu kontraktu powiedział wprost o co chodzi, czy to było na takiej zasadzie, że po prostu nie zdecydowaliśmy się przedłużyć kontraktu?

Nie, nie chodziło o formę sportową, chodziło bardziej o sprawy pozasportowe i ja to uszanowałem, usiedliśmy, porozmawialiśmy, co i jak, przedstawili mi swoją wizję i mówię ok, dogadajmy się i już.

Wróćmy jeszcze może do tematu kadry. Rozegrałeś w niej dwa mecze – z Australią i USA. Jak je po latach oceniasz, bo w jednym z wywiadów powiedziałeś, że gdyby nie kontuzja, to by Cię trener Smuda nie powołał?

Tak było, trener Smuda mnie kiedyś bardzo mocno chciał do Lecha Poznań, już praktycznie byłem dogadany, jak miałem 27 lat. Wcześniej było jakieś zainteresowanie moją osobą, trener Beenhakker mówił, że bym przynajmniej na jakąś konsultację pojechał…

Do Turcji na sparing…

Tak, do Turcji na sparing, bo wtedy wiadomo to było gdzieś tam w modzie. Później wypadły mi drobne kontuzje, mówię szczerze jak jest, akurat mi się trochę „przyfarciło”, że dostałem tą szansę, za co zawsze mu dziękowałem jak się widzieliśmy i jak rozmawialiśmy przez telefon. Szkoda, że tylko dwa mecze, bo uważam, że mogłem tych meczów więcej zagrać. Jak on mnie spotkał kiedyś, to mówił, że widzisz, tak to byś grał w reprezentacji cały czas jak zostałem trenerem, no ale Ty to już jesteś dziadek (śmiech). Jak miałem 30 lat, to dopiero pierwszy raz zagrałem w reprezentacji, także trochę późno, no i na tych dwóch meczach się skończyło, ale dobrze, że chociaż tyle.

A byłeś zadowolony z tych swoich występów z Australią i USA?

Z Australią byłem zadowolony, ze Stanami popełniłem błąd, pamiętam taki, że mogłem wybijać piłkę, a zagrałem za krótko do Artura Boruca, ale Artur akurat wybronił sytuację sam na sam. Jak później analizowałem sobie ten mecz, to był niezły, według oczywiście mojej subiektywnej oceny, w moim wykonaniu i też jak rozmawiałem z trenerami klubowymi, ale ta sytuacja trochę się trenerowi Smudzie nie spodobała, to, że za łatwo do niej dopuściłem.

Do tego miałeś 30 lat, więc nie można było powiedzieć, że co prawda popełniłeś błąd, ale masz potencjał.

Tak, były wtedy zmiany pokoleniowe, ale z drugiej strony, ja bym chciał, żeby Polska wygrywała, czy to będzie gra młodymi, starymi, czy obojętnie kim, ale żeby wygrywała.

A z kim z kadry złapałeś wtedy najlepszy kontakt i jak generalnie trenera Smudę wspominasz? Chodzi mi głównie o jego metody treningowe.

Metody treningowe, ok, dużo form gierek, ale przede wszystkim to był trener, który na pewno jak Cię powoływał i w Ciebie wierzył, to dawał Ci straszną pewność siebie. I namawiał Cię do tego, żebyś był odważny, to są tacy sami ludzie, nie ma się czego obawiać, tylko inna koszulka. Naprawdę, jak on to mówił, to choć miał jakieś tam swoje wpadki słowne, nie do końca po polsku i tak dalej, to czy to było na indywidualnej rozmowie, czy nawet jak robił odprawę, to Ty czułeś, że on w Ciebie wierzy, że Ty jesteś dobry. Jeśli chodzi o treningi, to Ty wielkich rzeczy na kadrze nie zrobisz, bo to bardziej kwestia, żeby wyselekcjonować grupę, mówię: jeden trening lub dwa masz w tygodniu taktyczne i to wszystko.

A z kimś z kadry złapałeś taki szczególnie dobry kontakt?

Nie, wiadomo, że ja byłem krótko tam, a z niektórymi znasz się z boisk, bo praktycznie przeciwko wszystkim grałem, tak jak Maciek Iwański, Irek Jeleń, Sławek Peszko, Robert Lewandowski, Piszczek, Błaszczykowski. Ja byłem tylko dwa razy po dwa tygodnie, to w takiej sytuacji za bardzo nie ma jak, żeby złapać jakąś bliższą relację, normalnie rozmawiasz.

Ok, a wracając do piłki klubowej, co Cię przekonało, żeby jechać do Maccabi Netanya?

Wiesz co, zaproponowali mi niezły kontrakt jak na tamte lata, odszedłem ze Śląska, a w Polsce nie miałem jakiegoś tam większego zainteresowania. Stwierdziłem, że może być fajna przygoda, pojechałem do nich na obóz do Budapesztu, byłem tam cztery dni i zaprezentowałem się na tyle dobrze, że oni stwierdzili, że mnie chcą i widzimy się w Tel Avivie. Poleciałem, ale miałem wtedy straszne zapalenie dwóch Achillesów, a trenowaliśmy bardzo mocno. Tam te warunki do grania w miesiącach letnich, tj. czerwiec, lipiec, sierpień, wrzesień, to jest po prostu 40 stopni i nie ma czym oddychać, w ogóle nie ma nawet jednej chmurki na niebie i wychodzisz w ten upał i trenujesz. Ja dopiero po półtora miesiąca się zaaklimatyzowałem tam w tym sensie, że poczułem się ok, że ja mogę już teraz biegać, nie?

Pamiętam, że gdy już dogadywaliśmy się co do rozwiązania kontraktu, to ten trener przygotowania fizycznego wziął mnie na którymś treningu na bok, coś ze mną robił i on nie wierzył, że ja zacząłem tak biegać i tak wyglądać fizycznie. On patrzył na mnie, kiwał głową i pytał się mnie, co się stało, ja mu mówię, że dopiero ja się zaaklimatyzowałem, bo dla mnie to było morderstwo wcześniej. Pamiętam, że graliśmy z Maccabi Tel Awiw, godzina 23.30, wchodzę do autokaru, a tam jest 33 stopnie i nie ma czym oddychać. Dwie pary butów musiałem brać na trening, bo wodę w butach miałem, tak jak bym po wodzie biegał. Dla takiej osoby ze środkowej Europy to jest duży przeskok.

Ty zagrałeś tam dwa mecze z Kuopion Palloseura w II rundzie eliminacji Ligi Europy. Przegraliście ze względu na mniejszą ilość bramek zdobytych na wyjeździe. I później już żadnego meczu nie zagrałeś, dobrze mówię?

Nie, później zagrałem z Hapoelem Tel-Aviv i chyba z Maccabi, to był TOTO CUP (Puchar Ligi – przyp. red.), w lidze nie zagrałem żadnego meczu, oni stwierdzili, że już w pucharach nie grają…

Czyli po prostu przestałem tam być potrzebny.

Tak, krótko mówiąc, przestałem być potrzebny.

Później trafiasz do Podbeskidzia. Ciężko było znaleźć jakiś klub w Polsce po odejściu z Maccabi?

Nie, było jakieś zainteresowanie ze strony innych klubów, ale najbardziej konkretne było Podbeskidzie, tam był też Marek Sokołowski, z którym się przyjaźnimy do dzisiaj. Zadzwonił, pytał się, czy nie chciałbym pomóc, oni akurat przegrywali wtedy mecze, ja mówię, że słuchaj, jestem na razie na bezrobociu, to jak najbardziej. To przyjechałem, chwilę się dogadaliśmy i trzy lata (śmiech).

Musiałeś się przestawić z walki o mistrzostwo, o puchary, na walkę o utrzymanie. Jak wspominasz ten okres w Podbeskidziu, gdzie pracowałeś m.in. z Czesławem Michniewiczem i jak wspominasz samego trenera?

Trener Michniewicz…, ja nie mogę akurat pół złego słowa na niego powiedzieć, ze mną zawsze był mega szczery, uważam, że to bardzo dobry fachowiec, duża wiedza o piłce i tak dalej. Też tam się zmieniali ci trenerzy, mieliśmy sześć punktów po pierwszej rundzie, to wszyscy myśleli, że już spadliśmy. Przyszedł trener Kubicki, super nas przygotował, fajnie tą grupę zintegrował i poszło – zwycięstwo z Jagiellonią, remis na Wiśle, remis na Śląsku, natomiast trener Kubicki dostał propozycję z Rosji, z II ligi, wyjechał za granicę i przyszedł trener Michniewicz. Gdy przyszedł, zaczął przedstawiać swoją wizję, jak chcemy grać, co chcemy grać, o co walczymy i tak dalej, to w pewnym momencie „załapało”. Co prawda później przegraliśmy chyba dwa czy trzy mecze z rzędu, to wiadomo, już z powrotem morale siadły, ale trzy ostatnie mecze wygraliśmy, utrzymaliśmy się sportowo nie tylko dlatego, że Polonia się wycofała, bo tak to by Ruch spadł. Te trzy mecze spowodowały to, że mieliśmy 32 punkty, a Ruch miał 31.

A jak się w ogóle czułeś w mieście, w drużynie?

Miasto super, każdemu polecam naprawdę jechać, zwiedzić – góry, jeziora, super ludzie, o Bielsku mogę mówić w samych superlatywach.

Później jednak przesunięcie do rezerw za trenera Ojrzyńskiego, czy on Tobie jakoś to uargumentował?

Nie, nigdy, pomimo tego, że byłem zastępcą kapitana, on nigdy nie wezwał mnie na rozmowę indywidualną, żebyśmy rozmawiali w cztery oczy, co mu nie pasuje, zawsze mówił to między słówkami, nigdy nie porozmawiał ze mną, za to miałem do niego największy żal i to mi się w ogóle nie podobało. Stwierdził, że jestem niepotrzebny, to ok, mam jeszcze pół roku kontaktu, to zostanę.

Czy to sprawiło, że szybciej zdecydowałeś się na powrót tutaj, na takie powolne myślenie o tym, co będzie już po karierze?

Tak, już wtedy wiedziałem, jak byłem w „dwójce” w Podbeskidziu, to miałem wiele rozmów na temat trenowania z Darkiem Mrózkiem, obecnym asystentem trener Góraka w Katowicach. Super człowiek, mega otwarty, wiele razy dyskutowaliśmy o piłce, jak to zrobić, dlaczego tak, a nie inaczej i tak dalej. I mnie trochę zafiksował już wtedy i też już sam chciałem, bo miałem już 35 lat, pół roku nie grałem, wracałem w rodzinne strony, to stwierdziłem, że chyba już przejdę na tą drugą stronę.

Przeszedłeś do KSZO, który w sezonie 15/16 zajął drugie miejsce w III lidze świętokrzysko-małopolskiej, a kolejny sezon zaczął się jeszcze lepiej – bardzo dobra runda w lidze i do tego 1/8 finału Pucharu Polski. Arka była chyba do ogrania.

Myślę, że tak, mieliśmy też karnego, ale trochę „nie przyfarciło”, tak jak mówiłem w Pucharze Polski różnie bywa, ale myślę, że była szansa. Szkoda, bo akurat wtedy Łukasz Jamróz nie grał w tym meczu, bo pauzował za kartki, a on był takim motorem napędowym razem z Michałem Gruntem, to zawsze jest wartość dodana.

Po rundzie jesiennej obejmujesz funkcję trenera KSZO. Czy spodziewałeś się, że już w tamtym sezonie otrzymasz taką propozycję?

Na początku się w ogóle nie spodziewałem, byliśmy na pierwszym miejscu, Tadeusz Krawiec dostał propozycję pracy w Rozwoju Katowice, wyższa liga i tak dalej. Jak dostałem tą propozycję, cały czas myślałem, czy to już, aczkolwiek w dalszym ciągu granie sprawiało mi dużą przyjemność, bo mieliśmy tutaj świetną ekipę pod każdym względem – Michał Stachurski, Klaudiusz Łatkowski, Damian Nogaj, Kuba Kapsa, „Persi”, „Jamro”, Radek Mikołajek, „Grunciki”, a praktycznie wszyscy z Ostrowca. Mocno byliśmy związani ze sobą i super atmosfera panowała, ale jak dostałem tą propozycję, to mówię tak: i tak już będę powoli kończył, a tu jest fajny zespół, chłopaki z szatni też wiedzieli, że ja prowadziłem też OKS Opatów grając tu, pomagałem tam, byliśmy na pierwszym miejscu w A-klasie. Mówię: ok, biorę, jest szansa, żeby zrobić awans do II ligi. Po pięciu meczach wygraliśmy trzy, dwa przegraliśmy, jak Tadziu odchodził były dwa punkty przewagi nad drugim zespołem, gdy mnie zwalniali były cztery punkty przewagi nad drugim zespołem. Ale takie decyzje władz nastąpiły, usłyszałem, że jest potrzeba wstrząsu i trzeba było to uszanować.

Miałeś wtedy chyba żal do włodarzy klubu?

Oczywiście, że miałem, bo uważam, że wtedy była olbrzymia szansa na to, żeby do ostatniego meczu bić się o awans i ten awans zrealizować, bo była bardzo mocna grupa zawodników.

Mieliśmy wtedy cztery punkty przewagi nad drugim zespołem, w późniejszych meczach też było sporo punktów potraconych i tego awansu niestety nie było.

Tak, gdzie wiem, że cała drużyna była za mną u prezesa na rozmowach, żebym został, żebyśmy spróbowali jeszcze jeden, dwa mecze, a oni się uparli, że nie, że musi nastąpić zmiana.

Trochę w stylu Józefa Wojciechowskiego.

No, jak to w życiu.

A czego Twoim zdaniem brakuje w tym momencie KSZO, żeby przełamać tą trzecioligową stagnację? Jesteśmy już dwunasty sezon z rzędu w III lidze, chciałoby się z niej wyrwać, a się nie udaje.

Chciałoby się, bo druga liga jest już według mnie o tyle fajna, bo jest ogólnopolska, a KSZO przez wiele lat, wszyscy pamiętają, to był taki zespół Ekstraklasa, I liga, minimum II liga, to był mocny zespół. Jak teraz jeżdżę na kurs UEFA PRO, to wielu trenerów się pyta, co tam się w tym Ostrowcu dzieje, że Wy się nie możecie wygrzebać i to są trenerzy z całej Polski – to jest Szczecin, Częstochowa, Łódź, Poznań, Bartek Bochiński, Darek Dudka i tak dalej. Wszyscy się pytają, bo KSZO nie jest anonimowym klubem. Umówmy się, KSZO przez ostatnie lata był takim dużym ośrodkiem piłkarskim, jak na Polskę. Nie mówię, że bardzo dużym, że jesteśmy top, ale każdy wie, kto to jest KSZO Ostrowiec, to jest fajne. Co potrzeba? Wielu aspektów – trochę szczęścia, lepszy budżet, co za tym idzie lepsi zawodnicy. Już nie pamiętam z kim to ja rozmawiałem, ale chciałbym, żeby wróciła mocno moda na KSZO, wiemy jakim  Ostrowiec jest miastem, wiemy ile jest rozrywek, ale żeby wróciła mocno moda na KSZO.

Muszą ją też napędzić wyniki, bez wyników nie będzie mody.

Tak, wyniki, ale też marketingowo… zobacz przykład Widzewa, że oni od IV ligi szli, ale zanim doszli do Ekstraklasy, to u nich był komplet prawie na każdym meczu. To jest też fajne, żeby może w tym kierunku iść, żeby ta moda na KSZO wróciła, żeby każdy z tym klubem się integrował, żeby tych ludzi przychodziło coraz więcej. W tym kierunku to musi iść, bo uważam, że jest potencjał, tak jak w tamtym sezonie, kiedy graliśmy z Wieczystą i z Wartą Poznań, a to był piątek i środa, więc ten potencjał jest. Teraz też ze Starem Starachowice, derby, przychodzą Ci ludzie.

Tak, ale w sumie tylko przy takich, powiedzmy, lepszych meczach tak się dzieje, bo te słabsze jednak aż tak nie przyciągają.

Tak, lepszych meczach, dokładnie. Ja jak tylko mogę, to na każdym meczu jestem tutaj, KSZO jest moim klubem i nie wyobrażam sobie, że jak jest mecz, jak jestem w domu, to żebym nie był na KSZO. Kocham tą dyscyplinę sportu i chcę zawsze tu być, co by się nie działo, kto by nie był trenerem, kto by nie był w zarządzie… na to nie patrzę, patrzę po prostu jak kibic tego zespołu. I mówię, że powinno się trochę tak nakręcić, taka koniunktura mocna, bo Stalowa Wola się w jakimś stopniu odrodziła, bo też ich lata nie było w I lidze, choć fakt, że oni przez ostatnie lata częściej w II lidze grali, bo w III lidze byli chyba tylko dwa lata po spadku. Ale mamy też przykład Mielca, który też bodajże przez piętnaście lat nie był na poziomie centralnym.

Tu problem z III ligą jest taki, że zawsze był ktoś mocniejszy i nawet z większego ośrodka – Motor Lublin, Stal Rzeszów, Resovia, Siarka też awansowała, pojawiła się Wieczysta, Stalówka. Ciężko jest się wbić.

Tak, ale jak my graliśmy wtedy, kiedy ja byłem chwilę trenerem, to też Resovia była w III lidze, Stal Rzeszów była w III lidze, Motor był w III lidze, takie zespoły były i one gdzieś się wbiły, awansowały, a my wtedy, w tamtym sezonie mieliśmy cztery punkty przewagi nad drugim zespołem. Jeszcze była Garbarnia Kraków, a notabene wtedy Garbarnia awansowała, plus jeszcze Hutnik Kraków.

Później kolejna przygoda trenerska z Wisłą Sandomierz i 1/8 finału Pucharu Polski. Duży sukces.

Duży sukces, fajną grupę się udało stworzyć. My praktycznie mieliśmy wszystkich zawodników IV-ligowych, nie było nas stać po prostu na większe transfery, bo pomimo, że grali w III lidze wcześniej, ale tak: Michał Kamiński z Ostrowca, wziąłem go z Ożarowa z IV ligi, „Nogi” grał wcześniej pół roku u mnie w IV lidze, Kuba Konefał był w IV lidze, Mateusz Kolbusz wrócił, ale spadł do IV ligi, został tylko Kacper Piechniak, do tego Wiktor Putin przychodzi z Broni Radom z IV ligi, oni co prawda awansowali do III ligi chyba, ale przychodził z IV ligi. Czyli to była taka ekipa IV-ligowców. Michała Mokrzyckiego też namówiłem, ale on też wtedy nie grał nigdzie. Później mówię, szkoda, że w przerwie zimowej się za bardzo nie wzmocniliśmy, a się osłabiliśmy, bo pomogłem w jakimś stopniu Michałowi Mokrzyckiemu pojechać na testy do Ruchu Chorzów, został w Ruchu Chorzów; pomogłem Putinowi pojechać do Bełchatowa, został w Bełchatowie, dwóch moich liderów bezwzględnie. Dawid Korona, który był liderem w obronie, wypadł z powodu kontuzji, przestał grać. Jarek Piątkowski, który był liderem na boisku i w szatni dopiero wrócił w piątej czy w szóstej kolejce do grania, bo miał kontuzję cały okres zimowy. No i tak trochę to siadło. Ale tak jak mówię, 1/8 finału Pucharu Polski, to fajne wspomnienia dla mnie, dla chłopaków, dla miasta, dla kibiców, także spoko.

To był chyba taki Twój największy sukces trenerski?

Tak, można tak powiedzieć, jako pierwszy trener.

Później, jako asystent, spadłeś niestety z Wisłą Płock, spadłeś też z Podbeskidziem. Co właściwie przyczyniło się do obu tych spadków? W przypadku Wisły na pewno odejście Davo, innych zawodników, też kontuzje…

Mentalnie mocno „siedliśmy”, bo w ostatnich siedmiu meczach to zdobyliśmy jeden punkt, jeszcze dwa punkty, czyli jakieś dwa remisy, to nie ma o czym mówić, bo masz utrzymanie. W pierwszej rundzie nikt nie przypuszczał, że w ogóle będziemy się bić o puchary, o czołówkę i to mocno, ale gdzieś nie wypaliło i piłka nożna uczy strasznie pokory. I tak się stało, jak się stało. W Podbeskidziu też zmiana trenerów – jeden trener, drugi trener, trzeci trener, też taka sinusoida…

A nie było trochę tak, że w pewnym momencie za sprawą włodarzy klubu ten klub przestał funkcjonować na zdrowych zasadach?

Też, to znaczy, ja mówię, ja nie byłem tam przez parę lat, natomiast najgorszą rzecz, którą w Podbeskidziu w pewnym momencie zrobiono to to, że w lecie odeszło szesnastu zawodników, a przyszło szesnastu nowych.

Przed sezonem 23/24, czyli poprzednim?

Tak, później w zimie znowu odeszło chyba siedmiu, a przyszło siedmiu nowych. To było tak wywrócone, że po prostu z tego zespołu, który do ostatniej kolejki walczył rok wcześniej o baraż, zostało chyba z czterech czy pięciu zawodników – Goku poszedł do Wisły, Scalet gra w Motorze i tak dalej, nie zatrzymywali tych ważnych ludzi. Później trochę nietrafione transfery, trochę pecha, bo jak oglądaliśmy ich mecze, analizowaliśmy, jak tam przychodziłem, to oni w wielu przypadkach mogli bez problemu te mecze wygrywać, oni byli lepsi nawet. Takie niedotrzymywanie tych wyników, a później jak już się spirala nakręca zbyt mocno, to już spadasz.

A generalnie wolisz być pierwszym trenerem czy asystentem?

Nie mam problemu ani z tym ani z tym, wiadomo, że zawsze chciałem być pierwszym trenerem i dążę do tego, żeby być pierwszym trenerem, ale patrząc na to z kim pracujesz, jak się rozwijasz, jeżeli w sztabie fajnie się dogadujemy, to ja nie mam problemu z tym, żeby być na przykład asystentem.

Patrząc z dzisiejszej perspektywy na swoją karierę, podsumowując ją, z czego jesteś najbardziej zadowolony i czego najbardziej żałujesz?

Żałuję, że nie zagrałem więcej meczów w reprezentacji, żałuję, że nie zagrałem więcej meczów w pucharach, żałuję, że nie zdobyłem chociaż minimum tego jednego mistrzostwa z Bełchatowem. Nawet nie wiem jak to nazwać, czy to jest żal czy szkoda…

Niedosyt…

Niedosyt, ale jako wywodzący się z B-klasy chłopak doszedłem do Ekstraklasy, do reprezentacji, to też mogę być w jakimś stopniu zadowolony z siebie.

Jakie rady, jakie wartości przekazujesz młodszym piłkarzom? Na czym powinni się skupić, jakich błędów uniknąć?

Oni muszą pracować nad sobą, bo piłka nożna to jest najwięcej porażek, bo przegrywasz w rywalizacji z kolegą na treningu, przegrywasz mecz i tak dalej, ale ważne, żeby nigdy się nie załamywać. Tylko, że jedną rzeczą jest to wiedzieć, a najważniejszą rzeczą jest to, żeby oni to wdrażali w życie. Bo oni wiele rzeczy słyszą, oni wiele rzeczy wiedzą, słyszą jak Cristiano Ronaldo trenuje, że wraca z meczu Serie A i jeszcze idzie na siłownię po tym, bo nie był zmęczony, ale on to wdraża w życie. Żeby oni te wszystkie rzeczy, o których mówią, żeby byli profesjonalistami, żeby się dobrze utrzymywali, żeby mocno trenowali, żeby byli skoncentrowani i tak dalej, żeby oni je wdrażali w życie. To jest dla mnie rada dla każdego zawodnika młodszego, który gra, bo ja patrząc przez swój pryzmat, to mówię wiele rzeczy, które nawet za bardzo się do publikacji nie nadają, bo też wiele błędów popełniłem i też wielu rzeczy nie zrobiłem dobrze, tak jak powinienem zrobić. Podam przykład – jak Łukasz Jamróz przyszedł do Ostrowca, to on był zafiksowany na trenera przygotowania motorycznego. I on po dwóch, trzech miesiącach przyjeżdża zimą i po prostu monstrum, nabity, mówię „Jamro”, ja pierniczę, co Ty z siebie zrobiłeś, nie? A on mówi, że po prostu poszedł mocno w to. Tak się ciężko przeciwko niemu grało, a ja nigdy tak na to za bardzo nie zwracałem uwagi, bardziej na zasadzie, że dobra, jestem dobry, to ja sobie poradzę. A takie rzeczy małe, jakbym ja się, mówię, obudował tak, byłbym jeszcze silniejszy, napastnik miałby gorzej ze mną, a ja miałbym lepszą formę. Tu podaję taki przykład a propos fizyki, że pomimo tego, że starałem się, jak byłem na tym najwyższym poziomie dbać o to, ale uważam, że to nie był wyciągnięty max, bo to było wyciągnięte takie 60%. Ok, w jednym meczu super, ale widzę, że już fajnie sobie zagrałem mecz, to nie muszę iść gdzieś tam dalej jeszcze mocniej pracować. Oczywiście, pracowałem mocno, bo wiedziałem, że walczę o swoją osobę, ale uważam, że mogłem wejść na jeszcze wyższy poziom. Czyli, ja wiedziałem to i tak dalej, ale – to co przed chwilą mówiłem – wielu rzeczy też nie wdrożyłem w życie. Potrafiłem grać w piłkę, grałem, ale pewne rzeczy mogłem jeszcze lepiej zrobić.

Z czego to mogło wynikać? Takiego podświadomego poczucia, że są już mega dobre pieniądze i to może nawet trochę rozleniwiać?

Nie, pieniądze nie rozleniwiają. Chyba bardziej bym to określił może jako taka strefa komfortu, że dobrze gramy, wygrywamy, nie będę nic kombinował, bo może to popsuję i tak dalej. A teraz jak patrzę, jak już skończyłem granie, to trzeba było jeszcze cisnąć mocniej. Jak jesteś dobry, bądź jeszcze lepszy. Jesteś bardzo dobry, bądź jeszcze lepszy. Wiadomo, stawiasz sobie cele, że chcesz wygrywać, ale w takim indywidualnym samorozwoju można było więcej rzeczy robić. Wszyscy wiedzą, bo dzisiaj jest dostęp do wszystkiego, ale ważne, żebyś to wdrożył w życie.

Najlepszy piłkarz z którym grałeś w jednym zespole i najlepszy przeciwko któremu grałeś?

(Chwila zastanowienia) Hmm, wielu było dobrych piłkarzy, przeciwko którym grałem. Pamiętam, że jak graliśmy kiedyś sparing z Dynamem Kijów, to grał Rebrov, to naprawdę zrobił na mnie duże wrażenie. Graliśmy kiedyś z Bayerem Leverkusen, grał Kiessling. Pamiętasz? Taki napastnik, wysoki był. Pomimo, że jak oglądałem Bundesligę, to wydawał mi się taki „klusek”, że słabo biega i tak dalej, to w sparingu to się w ogóle nie potwierdziło. Naprawdę top zawodnicy.

A Tim Cahill, gdy grałeś z Australią?

Foto: Onet

Też, też naprawdę silny, tylko, że ja grałem wtedy na defensywnym pomocniku, to trochę inaczej to wyglądało. Ale też mega zawodnik. Jak ze Stanami graliśmy, to też był taki czarnoskóry napastnik, on w Villarreal chyba grał…

Jozy Altidore?

Chyba tak, tak. Naprawdę, jak już się parę razy z nim zderzyłem głową czy barkiem, to uuuu, to mówię, że jest już taki level, że musisz być skoncentrowany strasznie. Też nie będę odkrywczy, wiadomo, że jak Lewandowski przyjeżdżał z Borussii, to zawsze trener Smuda ustawiał go w tej teoretycznie słabszej ekipie. Ale jemu dawałeś piłkę do przodu i on był sejf, on po prostu piłki nie tracił. Tu wyszedł tak, tu wyszedł inaczej, tu się utrzymał przy takich mega ciężkich piłkach, widać było taką dużą klasę u niego. Później, jak poszedł do Bundesligi, to widać było, że ta jakość u niego jeszcze urosła, już była taka topowa.

A najlepszy piłkarz z tego samego zespołu, z którym grałeś?

Mierzej, Matusiak, Garguła, Mila, wielu bym wymieniał. Nawet w Ostrowcu byli tacy zawodnicy, na których miło było popatrzeć – Tomek Żelazowski, czy nawet Mirek Budka. Wiadomo, słabiej biegał, motoryka słabsza, ale jeśli chodzi o pomysł na granie, to miał naprawdę duży. „Mierzej” też piłkarz, „Milowy”, Sebastian Dudek – to samo – jemu dawałeś piłkę i nie traciłeś. Dalej – Łukasz Garguła, Radek Matusiak, naprawdę wielu tych zawodników się przewinęło, takich, co można powiedzieć, że bardzo dobrych.

Jaki masz cel, jeśli chodzi o Alit Ożarów? Macie trzecie miejsce po rundzie jesiennej, do pewnego momentu wydawało się, że Alit może się włączyć przynajmniej do gry o baraże. Jak teraz widzisz sytuację Alitu i na czym chcesz się skupić?

Chcemy się skupiać na tym, żeby wprowadzać młodzież, bo wiadomo, odeszło dwunastu podstawowych zawodników, na przykład Bełczowski, Wawrylak, Paweł Kapsa w bramce, to mega wartość dodana, Jedlikowski, naprawdę mocny trzon zespołu odszedł. Taka polityka klubu, ich decyzje, zaproponowali mi pracę, ja mam jakieś swoje pomysły na to, jak bym chciał grać, co bym chciał robić i to gdzieś ćwiczyć na „żywym organizmie”. Mamy wielu młodych zawodników, chcemy ich wprowadzać, mamy trzecie miejsce, ale o awansie nie myślimy, bo taka jest decyzja klubu, żeby ogrywać tych młodych, żeby dużo tych chłopaków z Ożarowa grało, bo to jest tylko czwarta liga. Oni muszą dostać szansę, muszą się pokazać. Chcemy wygrywać w każdym meczu, ale bez jakiegoś tam wielkiego ciśnienia.

Jaką Ty jesteś osobą na co dzień, jakie masz poza piłkarskie pasje?

Cały czas piłka… Pozapiłkarsko? Czytam książki, natomiast jestem mocno związany z piłką, bo pracuję też tu z juniorami w KSZO, dzień mi wypełnia to, że jest albo jeden trening albo drugi, także cały czas w tym kierunku się rozwijam, kształcę. Teraz jestem też na kursie UEFA PRO, także dużo zajęć, dużo prac domowych, trzeba pewne rzeczy robić, staże, jakieś mniejsze, większe projekty. Także jest co robić w tym momencie.

Kiedy masz zamiar skończyć ten kurs UEFA PRO?

Koniec kursu jest w grudniu.

To tego życzę, żeby się udało. Dzięki serdecznie.

Dzięki.