Krakowska wiktoria
Miłą niespodziankę sprawili ostrowieckim kibicom piłkarze KSZO Ostrowiec Świętokrzyski. Pomarańczowo-czarni pokonali w Krakowie rezerwy miejscowej Wisły 2:1 po trafieniach Mateusza Mąki z rzutu wolnego oraz Kamila Dziadowicza z rzutu karnego. Dla podopiecznych trenera Lasockiego była to pierwsza wyjazdowa wygrana w bieżących rozgrywkach.
Niespodzianką w wyjściowym składzie krakowian mógł być występ haitańskiego pomocnika pierwszej drużyny – Wilde Donalda Guerriera, który w zeszłym sezonie był podstawowym zawodnikiem „Białej Gwiazdy”, zdobywając dla niej 7 bramek w 30 ligowych występach. W tym sezonie „Dziki Donald” wystąpił zaledwie raz – w meczu z Lechem w Poznaniu – w którym zdobył zwycięską bramkę. Jednak, to nic w porównaniu z tym, co stało się zaledwie kilkadziesiąt sekund po pierwszym gwizdku arbitra tego spotkania. Do piłki ustawionej w okolicach linii środkowej boiska podszedł Mateusz Mąka, dośrodkował, a tą, jeszcze po koźle,złapał golkiper krakowian – Gerard Bieszczad. Sęk w tym, że złapał ją będąc w bramce, w efekcie czego Wiślacy od samego początku musieli gonić wynik. Prawdę mówiąc, ostatni raz taką bramkę na meczu KSZO widzieliśmy chyba za czasów Łukasza Szymoniaka. Niewykluczone, że i bramka „Moni” stanie się hitem internetu, bo po prostu na to zasługuje.
Jednak chyba sami piłkarze KSZO byli w szoku, że tak łatwo poszło, że tak łatwo udało się objąć prowadzenie. Nasi zawodnicy cofnęli się dość głęboko, często obserwowaliśmy sytuację, w której najbardziej wysunięci w danym momencie zawodnicy KSZO grali na 40-45 metrze od bramki strzeżonej przez Konrada Zacharskiego. A Wisła? 2-3 podania i była na 30-35 metrze, skąd nadzwyczaj łatwo oddawała strzały z dystansu na naszą bramkę. Co prawda, w większości niecelne, a jak już leciały w światło bramki, to Zacharski nie miał z nimi większych problemów, ale nie było wątpliwości, że podopieczni trenera Musiała są w tym fragmencie meczu lepsi. Bramka dla gospodarzy padła po rzucie wolnym – precyzyjne dośrodkowanie Tomasza Zająca sfinalizował Przemysław Lech, a trener Lasocki wychodził po niej z siebie.
Ostrowczanie w końcówce pierwszej części spotkania nieco wyszli z tego hokejowego zamka założonego przez Wiślaków. Choć wyszli to raczej mało powiedziane, wyrwali się z przytupem. Także dzięki Gerardowi Bieszczadowi, któremu ostrowieccy kibice powinni dziś postawić kratę browarów oraz sędziemu, który odgwizdał przewinienie, którego większość arbitrów zapewne by nie gwizdnęła. Zdaniem arbitra, Bieszczad przy próbie piąstkowania sfaulował Kamila Dziadowicz. Sprawiedliwość wymierzył sam poszkodowany, zdobywając swojego czwartego gola w sezonie. Wiślacy próbowali wyrównać jeszcze przed przerwą, jednak najpierw ofiarnie uderzenie Tomasza Zająca zablokował Marcin Grunt, natomiast uderzenie Kuczaka z woleja było niecelne.
W drugiej połowie obraz gry nie zmienił się. Wiślacy przez większość czasu przebywali na połowie ostrowieckiego zespołu, jednak nie miało to aż tak dużego przełożenia na klarowne sytuacje podbramkowe. Podopieczni trenera Musiała będąc na 30-35 metrze grali zbyt wolno, zbyt statycznie, brakowało elementu zaskoczenia, przez co sporo strzałów defensorzy pomarańczowo-czarnych zdołali zablokować. Guerrier też bez szału. Nie wyróżniał się zbytnio na tle trzecioligowców, przynajmniej nie na tyle, by można było od razu poznać, że to piłkarz pierwszej drużyny i reprezentant swojego kraju.Najlepszą sytuacją gospodarzy było chyba uderzenie aktywnego tego dnia Kuczaka z narożnika pola karnego, jednak piłka poleciała jakieś pół metra nad bramką Zacharskiego. Ostrowczanie próbowali przede wszystkim przeszkadzać Wiślakom, wybijać ich z uderzenia, a także szukać kontr i stałych fragmentów gry. Z czasem jednak nasza drużyna zyskiwała coraz więcej przestrzeni, co starała się wykorzystywać w kontrach. Szczególnie dobrze w takiej grze czuł się Przemysław Ryński, który kilkukrotnie był faulowany przez defensorów gospodarzy. Niewiele brakowało też, by Mateusz Mąka zaskoczył Bieszczada po raz drugi, tym razem po bezpośrednim uderzeniu z rzutu rożnego, jednak bramkarz Wisły spisał się tym razem bez zarzutu. Końcówka to gra Wisły na tzw. chaos, poza tym sporo niedokładności, w efekcie czego ostrowczanie już po raz drugi w tym sezonie wygrywają z drużyną z Krakowa.
Wisła II Kraków – KSZO Ostrowiec Świętokrzyski 1:2 (1:2)
0:1 Mateusz Mąka 2 minuta
1:1 Przemysław Lech 18 minuta
1:2 Kamil Dziadowicz 40 minuta rzut karny
Wisła II: Bieszczad – Szywacz, Kujawa, Żemło, Witek – Guerrier, Kuczak (67′ Handzlik), Buras, Gulczyński (60′ Wąsikowski), Lech – Zając (73′ Guedes).
KSZO: Zacharski – Stachurski, Nowik, Grunt, Łatkowski – Kapsa (65′ Czerwiński), Czajkowski, Mąka (86′ Sudy), Ryński (88′ Gardynik), Dziadowicz – Kosowski (74′ Stawiarski).
Żółte kartki: Bieszczad – Czajkowski.
Rafał Lasocki: Do tej my mieliśmy straszny bilans punktowy jeśli chodzi o drużyny krakowskie, bo w zeszłym sezonie przegraliśmy wszystkie 4 mecze z Wisłą i Hutnikiem. Teraz z Garbarnią udało się wygrać. Dziś zagraliśmy bardzo, ale to bardzo mądrze w defensywie z jednym błędem po którym padła bramka po stałym fragmencie gry. Ja chciałem podkreślić, że Wisła Kraków przez 90 minut nie stworzyła sobie żadnej sytuacji 100 procentowej, żadnej sytuacji bramkowej. Nasz bramkarz był bezrobotny i to zasługa tylko i wyłącznie tych chłopców, którzy byli dziś na boisku.
