Wywiad

„W grupach młodzieżowych nigdy nie miałem trenerów…” – rozmowa z Dariuszem Brytanem

Siedzieliśmy razem pewnego dnia przy kolacji i wpadł do głowy głupi pomysł – zadzwonimy do Łęcznej i spróbujemy ich skręcić. Oni chcieli nas oszukać, my chcieliśmy ich oszukać. To była taka sytuacja, że pojechaliśmy do Łęcznej i rozmawialiśmy z gościem, który akurat nas nagrał. Później miała być dalsza część, czyli nagranie wideo na środku boiska. Mieliśmy razem -my i oni – wyjść na środek boiska. Mieliśmy się tam spotkać, aby ustalić konkretnie szczegóły. Oni wyszli, my nie. Ten chłopak poszedł do prezesa. Od tego się zaczęła cała afera – opowiada w wywiadzie dla skKSZO.pl Dariusz Brytan, w przeszłości jeden z czołowych zawodników pomarańczowo-czarnych.

Redakcja: Jak zaczęła się pana przygoda z piłką nożną?

Dariusz Brytan: Jak się rozpoczęła? Jako młody chłopak wolałem bardziej boisko niż szkołę, przez co cały wolny czas poświęcałem grze w piłkę na osiedlowych boiskach. Zauważyli to działacze z Janowianki Janów Lubelski, gdzie w wieku 15 lat trafiłem do drużyny seniorów. Tak to się zaczęło. Następnym klubem była Stal Kraśnik, następnie znów wróciłem do Janowianki. Praktycznie bez trenera, ponieważ nie grałem w żadnych grupach młodzieżowych – nie było takiego wymogu w tamtych czasach – jako czternasto-piętnastolatek trafiłem do seniorów czwartoligowego klubu.

Pana pierwszy piłkarski idol, na którym się pan wzorował?

Zawsze ceniłem umiejętności Marco Van Bastena.

Na początku swojej przygody z piłką grał pan w Stali Stalowa Wola. Z czego wynikał brak stabilizacji drużyny, ponieważ byliście za dobrzy na II ligę, na I natomiast za słabi? Jak ogólnie pan ocenia pobyt w Stalowej Woli?

Pobyt w Stalowej Woli zawdzięczam trenerowi Marianowi Geszke, który ściągnął mnie z IV ligi do pierwszoligowej Stali. Tak rzeczywiście było: spadaliśmy, potem awans, spadek oraz znów awans. Z czego to wynikało? Wydaje mi się, że w pewnym momencie w Stalowej Woli była taka „Polska B” a wynikało to z tego, że ściągano za mało ludzi doświadczonych. Graliśmy praktycznie osobami ze Stalowej Woli i okolic. Na II ligę – jak to pokazywała tabela – wystarczało, natomiast na I ligę brakowało.

Grał pan potem w klubach II ligowych, po czym w 1995 roku przeszedł pan do KSZO, które grało w III lidze.

To było trochę inaczej. Miałem już 27 lat grając w Stalowej Woli i nabawiłem się dosyć poważnej kontuzji. Przez praktycznie dwa lata nie grałem w piłkę. Kiedy się okazało, że lekarze pozwolili mi uprawiać sport, pojawiły się propozycje np. z Siarki Tarnobrzeg czy z Motoru Lublin. Byłem też po tym w Lechii Polonii Gdańsk. Niestety okazało się, że jednak nie mogę grać w piłkę. Lekarze po pewnym czasie też to stwierdzili i żaden z nich nie podpisałby mi karty zdrowia. Przyjaźniłem się ze Sławkiem Adamusem, który w tedy poszedł do KSZO. Polecił mnie on trenerowi Batugowskiemu. Trener Batugowski powiedział, że załatwi mi badania lekarskie, jeżeli spróbuję zagrać w KSZO. Wówczas była to III liga. Nie było innego wyjścia, ponieważ byłem na zasiłku dla bezrobotnych ze względu na stan zdrowia. Zdecydowałem się dzięki temu na grę w Ostrowcu dla KSZO. Kilka lat tam to trwało.

Był tam wtedy duet napastników: Żelazowski i Gaszczyn. Jak wtedy wyglądała rywalizacja o miejsce w składzie?

Jak wyglądała rywalizacja? Po moim przyjściu trener Batugowski stwierdził, że lepiej będzie funkcjonował duet Żelazowski – Brytan. Od pierwszego meczu – który był dla mnie pamiętny, choć już nie pamiętam z kim graliśmy – razem z Tomkiem Żelazowskim graliśmy w ataku. Gaszczyn był zawodnikiem wchodzącym, mimo to był dobrym zawodnikiem. Nie raz zdarzało się, że „Dziadek” chciał cofnąć mnie gdzieś na środek czy na bok pomocy i graliśmy jako trzech nominalnych napastników.

Ten sezon jest także wspominany z powodu głośnej afery taśmowej, w której był pan wraz ze Sławkiem Adamusem zamieszany. Jak to wygląda z perspektywy czasu?

To było śmieszne od początku. Byliśmy na zgrupowaniu przed bardzo ważnym meczem z Łęczną w Lublinie. Znałem tam dosyć dobrze jednego z zawodników, jednak jak się później okazało bardzo słabo. Siedzieliśmy razem pewnego dnia przy kolacji i wpadł do głowy głupi pomysł – zadzwonimy do Łęcznej i spróbujemy ich skręcić. Oni chcieli nas oszukać, my chcieliśmy ich oszukać. To była taka sytuacja, że pojechaliśmy do Łęcznej i rozmawialiśmy z gościem, który akurat nas nagrał. Później miała być dalsza część, czyli nagranie wideo na środku boiska. Mieliśmy razem -my i oni – wyjść na środek boiska. Mieliśmy się tam spotkać, aby ustalić konkretnie szczegóły. Oni wyszli, my nie. Ten chłopak poszedł do prezesa. Od tego się zaczęła cała afera. Jak to wyglądało na boisku? Było widać. Ograliśmy ich w bardzo łatwy sposób 3:0. Później musiałem odsiedzieć jakąś tam karę, chyba 9 miesięcy, jednak skrócili mi ją bodajże do trzech miesięcy. W tym czasie pomógł nam, nie ukrywam, trener Batugowski. Policja nas zawoziła do Łęcznej raz, potem drugi, w końcu trener powiedział: „Więcej nie będziecie tam jeździć” i razem z klubem wynajęli adwokata, który napisał nam podanie. Następnym razem gdy pojechaliśmy, pokazaliśmy im te podania i od tamtej pory się skończyło. Dla mnie to była śmieszna afera. Najgorzej na tym wyszedł ten zawodnik z Łęcznej, bo trafił na dół do kopalni i z tego co opowiadali chłopaki miał ciężki żywot.

Mimo tego, że grał pan jeszcze wtedy nie tak długo w KSZO, to uzyskał pan szybko sympatię kibiców. Jak pan myśli, co było tego głównym powodem?

Myślę, że głównym powodem aby zdobyć sympatię kibiców nie tylko w Ostrowcu, ale wszędzie, jest pokazanie się z dobrej strony na boisku. Jeżeli ktoś umie grać w piłkę i daje z siebie praktycznie w każdym meczu po 100%, to sympatia kibiców wcześniej czy później musi być okazała.

Graliście później dość niepewny sezon, gdzie do końca ważyły się losu utrzymania. Był wtedy słynny mecz z Hetmanem Zamość na wodzie, gdzie przy stanie 0:0 nie wykorzystał pan karnego, a jednak wygraliśmy i w konsekwencji utrzymaliśmy się. Czy uważa pan, że wpływ na to miało, że spiker podał rezultaty innych meczy?

Tak, ponieważ już wcześniej było wszystko wiadomo. Była powódź i zanim zgarnęli tą masę błotną z boiska, minęło 20-30minut. W momencie, gdzie ja strzelałem karnego, to wiedzieliśmy wcześniej, że się utrzymujemy i my i Hetman Zamość bez względu na wynik. Może była taka chwila rozluźnienia i piłkę złapał bramkarz. Ale tak jak mówię, jak wiedzieliśmy o tym, to człowiek podszedł do tego karnego na pewniaka – „nic się nie dzieje” i wyszło jak wyszło.

Następnie trenerem KSZO był Czesław Palik. Jak ocenia pan okres, kiedy walczyliście o ekstraklasę?

Powiem tak: nie ukrywam, że byłem jakimś tam pupilem trenera Palika. Nie wiem skąd to się wzięło. Może z tego, że wychodziłem na boisko i naprawdę goniłem. Pamiętam taką sytuację na którymś z meczów, było to bodajże po Pomezanii Malbork, już nie pamiętam dokładnie, wygraliśmy 3:0, gdzie ja strzeliłem dwie bramki. Zostałem najbardziej skrytykowany po meczu, ponieważ trener stwierdził, że strzelając dwie bramki w meczu nie pokazałem pełni swoich umiejętności. Obróciliśmy to w żarty, zresztą z trenerem Palikiem nie można się było nudzić. Większość swoich opinii pomeczowych czy odpraw przed meczem umiał obrócić w żart. Bardzo pozytywna postać. Można było się przy nim i uśmiać i pograć w piłkę.

Czy było któreś ze spotkań, już po awansie do ekstraklasy, które jakoś szczególnie pan zapamiętał?

Była satysfakcja po pierwszym, gdzie u siebie zremisowaliśmy z Lechem. Później odbyło się spotkanie Związków Zawodowych Piłkarzy, na którym założyłem się z Piotrkiem Reissem, że nie wygrają z nami meczu u siebie. To był mecz przyjaźni, bo wiadomo że nasi kibice z Lechem się przyjaźnili i robią to nadal. Pojechaliśmy tam, zdobyłem bramkę na 1:0, potem chyba Piotrek Reiss trafił na 1:1, w końcówce mieliśmy jeszcze jedną sytuację, gdzie Mirek Budka głową nie trafił z pięciu metrów. Mecz znów zakończył się remisem, jednak była ta satysfakcja, że nie daliśmy się na Lechu. Było też kilka innych spotkań, wiadomo, graliśmy z mistrzem Polski i z Widzewem w Ostrowcu. Przyjechał też wielki Górnik Zabrze – mecz 4:5, bardzo emocjonujący, szkoda że zakończony akurat naszą porażką. Ogólnie ten okres, jak i cały pobyt w Ostrowcu miło wspominam.

Później poszedł pan do Ceramiki Opoczno, gdzie trenerem był wówczas Janusz Białek. Był pan zaskoczony, kiedy dowiedział się pan, że trener Białek obejmował młodzieżówkę U19?

Nie wiem na jakich zasadach typują trenerów do różnych grup młodzieżowych, chociaż nie uważam że trener Białek nie nadaje się do pracy z grupami młodzieżowymi. Ściągnął mnie do Opoczna, gdzie za jego kadencji też miałem dobry okres. Powiem tak: znałem gorszych trenerów którzy pracowali z grupami młodzieżowym w reprezentacji Polski.

Z perspektywy czasu, co pan uważa za największy sukces w swojej przygodzie z piłką?

Jako młody chłopak ktoś zabrał mnie na mecz do Stalowej Woli. To była II liga. Grając w IV lidze i siedząc na trybunach na drugoligowym boisku myślałem, żeby zagrać co najmniej jeden mecz w drugiej, może pierwszej lidze. Akurat po kilku latach trafiłem właśnie do Stalowej Woli i zagrałem trochę więcej niż jeden mecz w tych ligach. Zawdzięczam to tylko i wyłącznie swojej pracy i swojemu uporowi. Tak jak mówiłem, w grupach młodzieżowych nigdy nie miałem trenerów, także tego czego się nauczyłem do 18. roku życia zawdzięczam tylko sobie, a nie trenerom. Największy sukces? Wiadomo: jest to gra w ówczesnej pierwszej lidze. Była to najwyższa klasa rozgrywkowa w polskiej piłce. Jest to satysfakcja, że jako jedyny z Janowa grałem w najwyższej lidze.

W ostatnich latach grał pan w Pogoni Staszów. Wówczas mieliście fajną ekipę. Niewiele brakowało do awansu do 1/8 Pucharu Polski. Co było czynnikiem, że Pogoń wtedy była 2-3 siłą w Świętokrzyskiem?

Znów tu trzeba wrócić do trenera Batugowskiego. Umiał ściągnąć kilku doświadczonych zawodników. Potrafił stworzyć dobrą atmosferę. To było głównym powodem i sukcesem takiej a nie innej gry Pogoni Staszów w tych rozgrywkach.

Przez ostatnie lata kariery był pan grającym trenerem Janowianki Janów Lubelski. Jakie są plusy i minusy grającego trenera?

Plusem jest to, że jest się na boisku i można pomóc drużynie, bo tak naprawdę trener na ławce nie może za wiele zrobić podczas meczu. Minusem jest to, że biegając na boisku człowiek bardziej koncentruje się na grze a mniej na korygowaniu innych i wyłapywaniu błędów. Więcej się widzi siedząc na ławce. To jest największym minusem, ten brak pełnej kontroli nad całym boiskiem.

Co sprawiło, że zrezygnował pan z funkcji trenera Janowianki? Co pan dalej robił? Czy trenował pan inne drużyny?

Moja przygoda z „trenerką” w Janowiance zakończyła się po wypadku, po którym nie mogłem się za bardzo ruszać i działacze postanowili zatrudnić innego trenera. Później była jeszcze opcja, żebym wrócił do Janowianki po połowicznym wyleczeniu się. W międzyczasie zmienił się zarząd w Janowiance i stwierdziłem, że z ludźmi, którzy byli wówczas w zarządzie nie chce mieć nic wspólnego. Dlatego przyjąłem propozycję z okręgówki i od dwóch lat jestem trenerem Iskry Krzemień. Panuje bardzo fajna atmosfera z działaczami, z wójtem, z kibicami oraz z zawodnikami. Ogólnie rzecz biorąc jestem zadowolony, że tam trafiłem.

Oprócz „trenerki” zajmuje się pan czymś jeszcze?

Od siedmiu lat pracuję jako kierownik obiektów sportowych w Janowie Lubelskim.

Dziękujemy za rozmowę.