Powrócić na zwycięski szlak – zapowiedź spotkania Wisła – KSZO
Po niespodziewanej porażce z Wolanią Wola Rzędzińska nasi piłkarze powalczą o punkty w Sandomierzu, gdzie rywalizować będą z Wisłą.
Choć wiadomo było, że moment pierwszej porażki prędzej czy później nadejdzie, to konia z rzędem temu, kto przewidział, że stanie się to akurat w Woli Rzędzińskiej. W starciu z przedostatnim zespołem w lidze, który w ośmiu wcześniejszych meczach wywalczył zaledwie punkt, a bramki tracił na potęgę. No, ale trudno, stało się, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, tym bardziej, że dalej utrzymujemy pozycję lidera. A i okazja do rehabilitacji jest przednia, bo mecz z Wisłą Sandomierz to jedno z tych spotkań, na które zarówno my, jak i sympatycy rywali, ostrzymy sobie zęby, a jedni i drudzy mają sobie coś do udowodnienia. Czyli nudno nie będzie.
Można powiedzieć, że w ostatnim sezonie drużyna z Sandomierza osiągnęła niejako swoje apogeum, bo teraz o takie rezultaty będzie im bardzo, ale to bardzo ciężko. Wygrana w lidze, a na dokładkę triumf w OPP, dający przepustkę do rywalizacji w tych rozgrywkach już na szczeblu centralnym. Po bezbramkowym remisie w Radomiu w pierwszym spotkaniu barażowym o II ligę, pojawiła się realna nadzieja na awans, ale w rewanżu Radomiak nie pozostawił już złudzeń, wygrywając 2:1.
Kilka tygodni później Wiślacy zaczynali już nowy sezon. Zaczynali nie z byle kim, bo w rundzie wstępnej Pucharu Polski czekała na nich Sandecja Nowy Sącz. Choć długo nie było wiadomo, czy Wisłą w ogóle do tego spotkania przystąpi. Drużyna była w kompletnej rozsypce – większość zawodników była już dogadana z innymi klubami, „stary” zarząd nie widział możliwości porozumienia z władzami miasta, które chciały znacząco zmniejszyć przekazywane na klub pieniądze i sposobił się do dymisji, a nowy nie został jeszcze wybrany. Słowem, przyszłość klubu z ulicy Koseły stanęła pod znakiem zapytania. A jednak Wiślacy, prowadzeni już przez trenera Mażysza, zebrali się i godnie pożegnali z sandomierską publicznością i mogli schodzić z murawy z podniesionymi głowami. Co prawda niespodzianki nie było, bo Sandecja wygrała, ale musiała zostawić sporo zdrowia, żeby tak się stało. Bartłomiej Dudzic swoim strzałem z doliczonego czasu gry zamknął pewien etap w historii klubu.
Przez ostatnie kilka miesięcy sporo się więc w Wiśle pozmieniało. Zmienił się trener, zarząd oraz w znacznym stopniu kadra zespołu. Dość powiedzieć, że z piętnastu piłkarzy, których Tadeusz Krawiec wystawił w marcu tego roku przeciwko KSZO, ostała się zaledwie czwórka piłkarzy – Bartosz Szepeta, Daniel Chorab, Daniel Beszczyński oraz Łukasz Adamczyk. Wszyscy pozostali opuścili Sandomierz przed sezonem.
Na ich miejsce ściągnięto głównie młodzież, choć warto zwrócić uwagę na trójkę zawodników, która w poprzednim sezonie reprezentowała barwy Czarnych Połaniec – Tomasza Wolana, Mirosława Kabatę i Dawida Koronę. Każdy z nich był ważnym elementem w drużynie z Połańca i nie inaczej jest teraz u trenera Adama Mażysza. Ponadto sprowadzono 30-letniego Bartosza Madeję, będącego jedynym (nie licząc Piotra Choraba – asystenta trenera Mażysza) zawodnikiem z aktualnej kadry Wisły, który ma na swoim koncie występy w pierwszej drużynie KSZO. Doprecyzujmy: występy epizodyczne w sezonie 2007/08, w którym nasz zespół walczył w III lidze po karnej degradacji za korupcyjne grzechy. Oprócz niego, w ekipie z Sandomierza znajdziemy jeszcze kilku piłkarzy reprezentujących w przeszłości pomarańczowo-czarne barwy, jednak żaden z piątki: Łukasz Adamczyk, Arkadiusz Kosno, Patryk Świrk, Jakub Kozłowski, Dawid Chorab nie zadebiutował w pierwszej drużynie. Skończyło się jedynie na występach w zespole juniorów starszych prowadzonym przez Waldemara Domagałę.
Czyli z drużyny, którą pamięta trener Krawiec zostało bardzo niewiele, a nowy zespół, co zresztą znajduje odzwierciedlenie w tabeli, dopiero się tworzy. W futbolu na takie rzeczy potrzeba jednak sporo czasu, cierpliwości, systematyczności i chyba najważniejsze: zaufania ze strony przełożonych. Nic nie stanie się z dnia na dzień, trochę wody w Wiśle będzie musiało upłynąć zanim trener Mażysz na dobre to wszystko poukłada, odciśnie swoje piętno na drużynie, wypracuje określony styl, schematy itd. Na razie mamy przede wszystkim olbrzymią, rażącą dysproporcję pomiędzy występami Wiślaków u siebie, a ich postawą na boiskach rywali.
No właśnie, jaka jest przyczyna tego, że na stadionie przy ulicy Koseły sandomierzanie jak na razie nie stracili choćby punktu, a w meczach wyjazdowych tracą więcej bramek niż Wolania czy Beskid?. Ktoś, kto obejrzałby jedynie „suche” liczby mógłby pomyśleć, że podopieczni Adama Mażysza na terenie rywali zapominają jak się gra w piłkę. OK, Soła, Podhale, Unia i Wisła II to bardzo mocne zespoły, ale żeby stracić z nimi łącznie aż czternaście bramek? I jeszcze przyjąć piątkę od Spartakusa. Dużo za dużo. Choć warto zauważyć, że już z meczu ostatniej kolejki w Tarnowie, Wiślacy powinni przywieźć punkty, a przynajmniej jeden. Przez ponad godzinę prowadzili bowiem z Unią, jednak dwie bramki stracone w ostatnim kwadransie zaprzepaściły wszystko. Mecze u siebie? Choć Poprad, Łysica, Beskid czy rezerwy kieleckiej Korony niezbyt dobrze poczynają sobie w meczach wyjazdowych, to jednak komplet punktów świadczy o tym, że choć Wisła zajmuje obecnie dopiero trzynaste miejsce w ligowej tabeli, to w zespole jest potencjał na „coś więcej” i to trzeba docenić. Czy na miarę utrzymania? Będzie ciężko, ale przez ostatnie lata nasi rywale pokazali, że są zespołem, których w żadnym wypadku nie wolno skreślać.
Spotkanie rozpocznie się jutro o godzinie 15 na Stadionie Miejskim w Sandomierzu.
