„No to doktorze zobaczymy…” – rozmowa z Rafałem Lasockim, trenerem KSZO.
Jeden z najbardziej znanych i zasłużonych piłkarzy KSZO. Były reprezentant Polski. Zdobywca Pucharu Polski i Superpucharu Polski. Trener hutniczej jedenastki. To tylko niektóre określenia jakimi można opisać Rafała Lasockiego. O przebiegu swojej kariery, ostatnim sezonie w KSZO i stosunku do kibiców opowiada Serwisowi Klubu KSZO – obecny trener KSZO 1929.
Redakcja: Za chwilę startuje kolejny sezon. Czy utrzymanie w poprzednim satysfakcjonuje czy liczyliśmy na coś więcej?
Rafał Lasocki: Biorąc pod uwagę przebieg sezonu, utrzymanie w tej klasie rozgrywkowej jest ogromnym sukcesem. W pierwszej rundzie mieliśmy ogromnego pecha. Kto nie kopnął piłki w światło naszej bramki, od razu ją traciliśmy. W drugiej rundzie graliśmy bardzo konsekwentnie. Po kilku meczach doszliśmy do wniosku, że aby się utrzymać należy zabezpieczyć najpierw własną bramkę. W perspektywie całego sezonu, szczególnie tych kilkunastu ostatnich meczy, to te mecze dały nam utrzymanie.
Który z piłkarzy Pana najbardziej rozczarował? A kto był pozytywnym zaskoczeniem? Kto może stać się piłkarzem na miarę czegoś więcej niż III liga?
-Nikt mnie nie rozczarował. Każdy z tych chłopców daje wszystko co ma. To nie jest tak, że ktoś nie przykłada się. Od razu coś takiego zauważyłbym i reagował. Wszyscy zawodnicy jakich miałem do dyspozycji w tym roku dawali tyle ile mogli z siebie. Największe pozytywne zaskoczenie? Zawsze będę podkreślał, że jest to drużyna. Gdybyśmy nie stworzyli jedności, nie bylibyśmy monolitem, to w pojedynkę, ani ja, ani poszczególni zawodnicy wiele by nie wskórali.
Z perspektywy całego sezonu zauważa Pan jakiekolwiek błędy, które zostały popełnione? Czy można było coś zrobić lepiej?
-Oczywiście, że tak. Po awansie z klasy okręgowej do IV ligi nie dokonaliśmy znaczących korekt, roszad czy wzmocnień. Mimo, iż było ciężej niż w klasie okręgowej, to w IV lidze sobie poradziliśmy. Idąc tym tropem, w III lidze myślałem, że będzie podobnie. Niestety, różnica w grze między „okręgówką” a IV ligą jest niewielka, natomiast różnica pomiędzy IV a III ligą to przepaść. W tej lidze gra wygląda zupełnie inaczej. Na pewno błędem było to, że nie dokonaliśmy takich wzmocnień, by dały jakość jaką mieliśmy w drugiej rundzie. Co prawda przyszli Mateusz Mąka i Michał Stachurski, ale to byli zawodnicy po poważnych kontuzjach. Szczególnie Michał, który potrzebował pół roku by dojść do siebie. Mateusz natomiast przyszedł, poszedł grać na Ogrody i skręcił staw skokowy, przez co nie mieliśmy z niego pożytku przez pół rundy. Na pewno błędem było to, że od początku sezonu w III lidze nie skorzystałem z Konrada Zacharskiego. Jestem przekonany, że nie stracilibyśmy wtedy tylu punktów i głupich bramek. Trener Domagała jednak bardzo by „płakał” za Konradem, gdyż jak podkreślał: u niego w zespole ponad 50% zespołu to jeden zawodnik. Gdy tak mówi się o zawodniku, to znaczy że ma swoją wartość.
Z perspektywy poprzedniego sezonu, które mecze były meczami kluczowymi? Może był to remis z Beskidem Andrychów, czy wygrana w dramatycznych okolicznościach z Górnikiem Libiąż?
-Oczywiście kluczowym był mecz z Górnikiem Libiąż, ale najważniejszym był mecz z Beskidem Andrychów i bramka Mateusza Mąki w 90 minucie, która dała nam remis. Chłopcy po tym meczu uwierzyli, że ten pech od nas i od klubu odszedł. Wydaje mi się, że nie ma zespołu, który do pewnego momentu tak mało meczy wygrał u siebie jak my. To też jest złożony problem. Z drugiej strony w tej rundzie straciliśmy tylko dwie bramki na wyjeździe. To jest nieprawdopodobne, żeby na wyjazdach tracić tylko dwie bramki i to po strzale życia zawodnika Nidy Pińczów oraz po moim golu samobójczym. To wielki wyczyn mojego zespołu i chwała chłopcom za to. Dzięki temu między innymi mamy utrzymanie i III ligę w Ostrowcu.
Kluczowym meczem był chyba także ostatni mecz i strzał Michała Stachurskiego z Koroną II Kielce?
-Oczywiście że tak. Mecz z Koroną jednak nic by nam nie dawał, gdyby nie poszczególne mecze od Bochni, Beskidu Andrychów i Górnika Libiąż. Gdybyśmy tam punktów nie zdobywali to ostatni mecz nie byłby tak ważny. Wszystko jednak ułożyło się rewelacyjnie. Ostatni mecz derbowy z Koroną, gdzie wiadomo jakie są stosunki między nami a klubem z Kielc – meczem o utrzymanie oraz dla nas o wszystko. Żaden inny wynik niż nasze zwycięstwo nie gwarantowałoby nam utrzymania. Cieszę się bardzo, że to Michał Stachurski strzelił tę bramkę. Michał był bardzo poddenerwowany przez całą rundę, bo piłka go szukała lecz nie mógł się wstrzelić. Miał stuprocentowe sytuacje, w których nie trafiał w bramkę, czy trafiał w słupek. Często z nim rozmawiałem: „Spokojnie, nie denerwuj się. Przyjdzie ten czas, przyjdzie ten moment, że tą bramkę strzelisz”. Co prawda nie strzelił jej głową lecz nogą, co w przypadku Michała jest niespotykane. Na szczęście dla nas, znalazł się w odpowiednim miejscu, odpowiednim czasie. Strzelił bramkę dającą nam trzy punkty i utrzymanie w III lidze.
Jak radzi sobie Rafał Lasocki jako v-ce prezes?
-Jest to funkcja społeczna. Ja i mój prezes-właściciel klubu jesteśmy osobami, którzy to robią charytatywnie. Mało tego, nie pamiętam takiej sytuacji w historii KSZO Ostrowiec, że prezes wkłada do klubu własne pieniądze. Dobrze o tym wiem, że to nie są małe pieniądze. Nie chciał bym tutaj cukrować swojemu prezesowi, ale takich ludzi naprawdę ze świecą szukać. Mało jest takich osób, które podkreślam: bezinteresownie, tylko z pasji, sympatii do piłki nożnej, naszego miasta i klubu-wkładał własne pieniążki. Prezes też jest rodowitym Ostrowiakiem.
Jak zarząd wyobraża sobie politykę w przeciągu kilku najbliższych lat? Czy jest coś takiego jak polityka długofalowa, polegająca głównie na pozyskiwaniu tych najzdolniejszych piłkarzy z regionu?
-Tak jak wcześniej powiedziałem: naszą polityką kadrową jest ogrywanie młodych chłopców. Naprawdę mamy bardzo uzdolnioną młodzież. Mnie udało się coś osiągnąć, dlatego wróciłem do Ostrowca, aby jak najwięcej chłopaków, zawodników szło do wyższych lig. W mojej ocenie, po tym co pokazują potem chłopcy w klubach, do których odchodzą, to my wyciskamy z tych zawodników wszystko. Praktycznie zawsze Ci, którzy odchodzili od nas, odchodzili do niższej ligi. Według mnie z takiego zawodnika, który przychodził do nas grać, było z niego wyciśnięte maksimum jego umiejętności. Po prostu on powyżej pewnego pułapu już nie podskoczy, nie wzniesie się. Teraz mam nadzieję, że ta młodzież będzie naciskała, napierała i będzie szła grać do wyższych lig. Taki jest mój sposób funkcjonowania na nasz klub, rozwój piłki i przede wszystkim rozwój tych chłopców. Mój prezes ma troszeczkę odmienne na ten temat zdanie. On nie chce się pozbywać najbardziej zdolnych chłopców. Chciałby, aby grali w naszym klubie. Jednak jak ja to mówię: zawodnik, który odejdzie od nas do wyższej ligi, zawsze, ale to zawsze, w każdej chwili, w każdym momencie może do nas wrócić. Najlepszym tego przykładem był Michał Stachurski i Mateusz Mąka. Michał po kontuzji jeździł po klubach, jednak nikt go tak naprawdę nie chciał. Pojechał np. na testy do Orlicza Suchedniów-IV ligowego klubu i nie bardzo się tam sprawdził. My przygarnęliśmy chłopaka. On teraz sam się odwdzięcza. Podobnie było z Mateuszem Mąką, który w Chojniczance nic nie grał. W drugim zespole też tam niewiele zagrał. Wrócił do nas, odbudował się i mam nadzieje, że w III lidze nam jeszcze pomoże.
Czy pracownicy klubu monitorują region, w poszukiwaniu uzdolnionej młodzieży? Jak to w praktyce wygląda?
-Tak naprawdę jest tylko trzech pracowników klubu. Jesteśmy amatorskim klubem. Staramy się i robimy to co możemy, jednak to zawsze jest związane tylko i wyłącznie z kosztami.
Odwiedził pan przez swoją karierę wiele stadionów. Jak na ich tle wyglądają Ostrowieccy kibice?
-Ostatni mecz pokazał, że naprawdę można. Czasem jednak moje słowa czy prezesa były źle interpretowane. Nie wiem dla czego. Może ktoś specjalnie tak robił, może ktoś źle nam życzy. Zawsze będę podkreślał: krytyka kibiców jak najbardziej na tak, ponieważ każdy ma swoje zdanie. Natomiast ja jako trener, zawodnik tego klubu i kibic od dziecka nigdy się nie zgodzę na to, aby własny kibic ubliżał swojemu zawodnikowi i wyzywał go. Kto by to nie był, jakby to nie było i co by, odpukać, nie zrobił-nie pozwolę na to. Krytyka jak najbardziej tak. Zdarzają się czasem słabsze mecze. Każdy popełnia jakieś błędy. Zawodnik je popełnia, ja je popełniam jako trener jak i w zarządzie. Ale nie ubliżajmy sobie. Nie wyzywajmy się. To nie o to chodzi. W moim przekonaniu wszyscy gramy do jednej bramki. Dlaczego między innymi wygraliśmy mecz z Koroną Kielce? Bo każdy na stadionie chciał żebyśmy wygrali! W mojej ocenie nie zawsze tak było. Nie zawsze przychodzący – nie chcę powiedzieć kibic, ale widz, ponieważ kibice są zawsze z nami, – nie każdy widz, jaki przychodził na stadion przy Świętokrzyskiej chciał, żeby KSZO 1929 wygrywał mecze. To jest moja i nie tylko moja subiektywna ocena. Niektórzy też przychodzili z zewnątrz i to osoby naprawdę o bogatej wiedzy na temat sportu, na temat piłki nożnej i też takie uwagi mi dawały, też mieli takie samo odczucie. Natomiast z Koroną wygraliśmy według mnie dlatego, że wszyscy od pierwszego do 999 kibica chcieli abyśmy my ten mecz wygrali. I tak między innymi się stało.
Co trener sądzi o ograniczaniu ilości widzów na meczach KSZO? Czy to jest normalne?
-To jest – mówiąc kolokwialnie – paranoja, żeby kibice siedzieli obok siebie jak śledzie, gdy cały stadion jest wolny, a tysiące krzesełek są niezagospodarowane. W mojej ocenie kibic przychodząc na mecz może troszeczkę narzekać, bo on chciałby usiąść tam gdzie mu się podoba. Natomiast tutaj jest wszystko „otaśmowane” i trzeba oglądać mecz przez czyjeś plecy, co na pewno nie jest komfortowe, ale my nie mamy na to wpływu. Niestety, nie ma u nas monitoringu głosowego, który jest wymagany do tego, by impreza masowa mogła być zorganizowana.
W innych klubach tego monitoringu też brakuje, mimo to te imprezy masowe są organizowane.
-Tak jak powiedziałem, nie chciałbym wychodzić poza swoje kompetencje, ponieważ jest to sprawa miasta, województwa, policji i to jest dość złożony problem, dlatego też nie chciałbym się dalej w ten temat zagłębiać.
Czy ograniczenie liczby widzów nie przeszkadza piłce nożnej, by konkurować m.in. z siatkówką i piłką ręczną?
-Uważam, że konkurować to złe słowo, lepszym byłoby współpracować. Jest siatkówka – super, piłka nożna – super, piłka ręczna – super, boks – super, musimy znaleźć taki sposób, taki model funkcjonowania, aby wszystkie dyscypliny umiały się odnaleźć. Wiadomo, że wszystkich nie da się zadowolić w równym stopniu, ale trzeba dążyć do tego, by każda z tych dyscyplin była zaspokojona. Pamiętamy, że kiedyś była tu tylko piłka nożna i nic więcej. Zupełnie nic. A teraz jest kilka dyscyplin, z których tak naprawdę każda odnosi sukcesy i niech to trwa. Tak jak powiedziałem, trzeba znaleźć taki model, by każdy, ale to każdy, był zadowolony albo przynajmniej nie myślał o tym, co będzie za pół roku, za rok, żeby zapewnić środki na funkcjonowanie przez ten czas w każdej z tych dyscyplin.
Jak trener wspomina ten okres, kiedy KSZO rywalizował w ekstraklasie? Pozostaje sentyment do tamtych czasów?
-Oczywiście, że tak, ponieważ wtedy mieliśmy tutaj niesamowitą atmosferę, niesamowitą drużynę. To były czasy swoistego boomu na piłkę nożną w naszym mieście, natomiast później to tak tąpnęło, że do tej pory odbija się to czkawką. Piękne czasy, ponieważ dzięki temu mnie też udało się wypłynąć na szersze wody i zawsze, gdy się spotkamy, wspominamy je z ogromnym sentymentem.
W 2010 roku wrócił pan do upadającego KSZO SSA. Czy była to z perspektywy czasu dobra decyzja? Jak wówczas funkcjonował klub?
-To była tak naprawdę najgorsza decyzja, którą podjąłem w mojej karierze. Dałem się namówić dwóm kolegom i miało być zupełnie inaczej, a było jak zawsze.
Głównie chodzi tutaj o fatalną sytuację organizacyjno – finansową klubu?
-W momencie, gdy wracałem, wiedziałem jak tutaj jest, jednak nie tylko o to chodziło. Wolałbym na tym poprzestać, że miało być inaczej, a było tak jak zawsze.
Jedną rundę (runda wiosenna sezonu 2010/11 – przyp. red.) spędził trener w grających wówczas w IV lidze rezerwach.
-Trener Jakołcewicz po rundzie jesiennej powiedział, że nie widzi mnie w składzie, ponadto ja też musiałem utrzymać rodzinę, a sytuacja organizacyjno – finansowa w KSZO SSA jaka była, wszyscy wiemy. Miałem dodatkową pracę, której musiałem się poświęcić.
Czy z perspektywy czasu Rafał Lasocki mógł w swojej karierze osiągnąć więcej czy też zrealizował to co sobie zakładał?
-Myślę, że to była przygoda, bo karierę to zrobił Zbyszek Boniek, nasz prezes. Uważam, że zawsze można więcej. Jakby ktoś powiedział inaczej, że nie dało się wycisnąć więcej, to w takim razie: po co są marzenia, po co są plany, prawda? Zawsze można więcej. Z perspektywy czasu uważam, że sporo osiągnąłem, gdyż po pierwsze będąc jako dzieciak kibicem KSZO marzyłem o tym, by zagrać kiedyś w pierwszym zespole. To się spełniło. Będąc kibicem KSZO, byłem tak samo kibicem Lecha Poznań, tak więc chciałem także zagrać w Lechu. Spełniło się. Potem, chciałem zadebiutować w reprezentacji Polski. Spełniło się. Bardzo fajnie, rewelacyjnie w mojej ocenie to się potoczyło. Wiadomo, że można było więcej, ponieważ jak byłem zawodnikiem Lecha, byliśmy wtedy „na topie”, zdobywaliśmy Puchar Polski, Superpuchar, zagrałem w reprezentacji, zaczęły się mną interesować inne kluby. Natomiast, tak jak mówię, ja byłem kibicem Lecha i nie były to na tyle konkretne propozycje, aby z tego klubu odejść. Z drugiej strony, cieszę się, że żyłem w tamtych czasach, gdyż wytrzymałość traktowana była na równi z szybkością. Teraz, jest już tylko i wyłącznie szybkość. Śmiem twierdzić, że gdybym teraz miał 16, 17 czy 18 lat to byłoby mi dużo, ale to dużo trudniej coś w piłce osiągnąć, gdyż teraz zupełnie inne parametry są potrzebne do grania w piłkę nożną – bardziej szybkość niż wytrzymałość, a ja jestem typowym „wytrzymałościowcem”, mogłem biegać od pierwszej do dziewięćdziesiątej minuty. Jednak coś za coś. Gdy jest się bardziej wytrzymałym, często jest problem z szybkością. Natomiast, gdy zawodnik jest szybki, a do tego wytrzymały, to już może grać w Ekstraklasie, albo i wyżej.
Jak pan wspomina pobyt w Lechu Poznań? Będąc w tym klubie miał pan okazję uczestniczyć w takim specyficznym meczu z Pogonią Szczecin, który został przerwany z powodu nieprawdziwej informacji o śmierci Ojca Świętego. Tego nie da się chyba z niczym porównać.
-Okres spędzony w Lechu Poznań to najpiękniejszy czas w mojej przygodzie z piłką. My z żoną długo się zastanawialiśmy, czy nie zostać w Poznaniu. Teraz też czasami zastanawiamy się, czy dobrze zrobiliśmy, czy też lepiej byłoby zamieszkać tam, bo taka możliwość też była. Chociaż, z drugiej strony nie żałuję, ponieważ wróciłem do swojego rodzinnego miasta, do swojego klubu, któremu zawsze, od dziecka kibicowałem, a teraz mam wpływ na jego losy, na to co się tutaj dzieje. Natomiast odnośnie wspomnianej sytuacji, jest ona nie do opisania. Graliśmy mecz, kibice wbiegli na murawę. Oni po prostu myśleli, że to się już stało, potem w szatni bardzo długo byliśmy ze sobą, w domu, z rodziną, dzień później stało się najgorsze. Mecz został dokończony w późniejszym terminie i o ile dobrze pamiętam, zremisowaliśmy go 1:1.
Jak wspomina pan kibiców „Kolejorza”? Potrafili uprzykrzyć życie zawodnikom gości?
-Zawsze. Ja jestem pełen uznania dla nich. Nawet teraz, gdy pojadę do Poznania, ludzie po tylu latach wciąż mnie poznają, witają, rozmawiają. Jest to niesamowicie miłe.
Jak wspomina pan epizod w reprezentacji? Czy żałuje pan, że skończyło się tylko na trzech meczach?
-Absolutnie nie. Jestem bardzo wdzięczny trenerowi Janasowi, że w ogóle dał mi szansę debiutu, bo ja wtedy miałem już swoje lata (28 lat – przyp. red.). Myślę, że odwdzięczyłem się trenerowi Janasowi, bo w meczu z Macedonią strzeliłem chyba najpiękniejszą bramkę w całym swoim piłkarskim życiu i miałem jeszcze asystę przewrotką. Ponadto, grałem jedynie 45 minut i o czym niewiele osób wie, nie na swojej pozycji – wystąpiłem w środku pomocy, gdzie grałem bardzo rzadko. Jestem bardzo wdzięczny, że miałem możliwość wystąpić w tych trzech spotkaniach.
Jak wspomina pan czas spędzony w Płocku?
-To był niezwykle trudny okres dla mnie. Doznałem dwóch bardzo poważnych kontuzji. Pierwsza z nich miała miejsce w spotkaniu z Piastem Gliwice – skakałem do głowy z zawodnikiem drużyny przeciwnej i we dwóch spadliśmy na moją nogę. Miałem operację w Poznaniu, doktor Piątek świetnie mnie „poskładał”, do tej pory mam blachę, do tej pory mam śruby w nodze, kostkę powiększoną dwa razy i wróciłem do piłki, choć miałem już swoje lata. Tak bardzo chciałem, że niestety stało się to troszeczkę zbyt szybko, ponieważ i lekarz i rehabilitanci, generalnie wszystkie osoby w klubie mówiły, że jest to niemożliwe. Organizm nie wytrzymał. Odciążałem tą nogę, która była złamana, dociążałem drugą nogę i pozrywałem praktycznie wszystko w kolanie. Gdy znowu pojechałem do doktora Piątka „na stół”, to po operacji do mnie podszedł i pytał się, czy mam już papiery trenerskie zrobione, bo nie był pewien, czy będę jeszcze grał w piłkę. Ja sobie w duchu powiedziałem: „No to doktorze zobaczymy”. Lata lecą, ja jeszcze się ruszam po tym boisku, biegam, a ta sytuacja z kolanem naprawdę nie wyglądała zbyt dobrze, bo można powiedzieć, że trzymała się ta noga „na skórze”. Bardzo długo dochodziłem do siebie. Zazwyczaj, w przypadku więzadeł krzyżowych przednich wraca się po pół roku, ja po tym okresie wróciłem, natomiast słuchałem się rehabilitantów, lekarza, w klubie też mnie tonowali, podchodzili do tego spokojnie i na ten moment jestem zdrowy i mam się dobrze.
Wiadomo już którzy zawodnicy zasilą zespół przed zbliżającym się sezonem?
-Praktycznie dzień-dwa trwała radość po ostatnim meczu, po czym z prezesem siedliśmy do rozmów na temat wzmocnień. Ten okres jest najważniejszy i nie chcieliśmy go przespać jak w zeszłym roku, przez co spadła na nas zasłużona, bądź nie fala krytyki. Mieliśmy bardzo fajnych chłopców, bardzo fajną kadrę, natomiast by zespół się rozwijał potrzebne są zawsze wzmocnienia. Przed najbliższym sezonem na pewno dwóch-trzech zawodników dojdzie. To już nie będą wzmocnienia ilościowe a jakościowe. Nie potrzebujemy dużo piłkarzy. Potrzebujemy zawodników, którzy naprawdę potrafią grać w piłkę. Ostrowiecka młodzież z własną fantazją plus doświadczenie powinno dać fajny efekt. Tutaj jest ponad 90% chłopców z Ostrowca i okolic. Jest to coś, czego jak tutaj żyję i pamiętam nie było. Zawsze ktoś z zewnątrz przychodził i ci wychowankowie byli traktowani po macoszemu. Teraz chcemy docenić tych chłopców, którzy są rodowitymi Ostrowiakami, grają dla tego klubu i oddają dla niego zdrowie.
Dziękujemy za wywiad i życzymy powodzenia w zbliżającym się sezonie oraz w dalszej karierze trenerskiej.
