„Do każdego meczu musimy podchodzić z taką myślą, że chcemy go wygrać” – rozmowa z Dariuszem Brągielem
Nie robiliśmy Bóg wie jakich, skomplikowanych ćwiczeń, ale – jak to mówią – rzeczy proste rób doskonale, na tym się skupiaj, żeby od tych małych rzeczy zacząć. Ale też jeśli chodzi o taką psychologię i podejście mentalne, trener Liczka powtarzał, żeby nie rozpamiętywać, tak jak to u nas się gdzieś przyjęło w piłce czy innych dziedzinach, gdzie lubimy roztrząsać pewne sytuacje, poprzez media itp… On zetknął się z wielką piłką i mówił, że na najwyższym poziomie jest dana sytuacja w meczu, na boisku i musisz mieć czystą głowę, bez kalkulacji, z odwagą podejmować kolejne działania i z uśmiechem przychodzić do pracy – mówi w obszernym wywiadzie dla serwisKSZO.pl, Dariusz Brągiel. O tym, a także m.in. o powołaniu na konsultację do kadry młodzieżowej, grze w Resovii, Radomiaku, postrzeganiu Radomia, współpracy z trenerami Podolińskim, Prasołem i Tułaczem, pobycie w KSZO, celach na obecną rundę, czy o tym, co w życiu ważne porozmawialiśmy z doświadczonym obrońcą naszego zespołu. Zapraszamy do lektury.
Zacznijmy może od dwóch pierwszych spotkań rundy wiosennej – wygrana w Świdniku i szalony mecz w sobotę (rozmawialiśmy w poniedziałek, 11.03 – przyp. red.) z KS Wiązownica. Jakie są nastroje w zespole? Bo podejrzewam, że po zwycięstwie były super, ale już po tym meczu z Wiązownicą chyba są troszeczkę gorsze.
Powiem tak: patrząc na to, jak rozpoczęliśmy ten sezon, to każdy pamięta w jakich nastrojach wtedy byliśmy. I teraz jakby ktoś nam powiedział, że w dwóch pierwszych meczach na sześć punktów zdobędziemy cztery, to myślę, że pewnie wzięlibyśmy to w ciemno. Ale patrząc – tak jak mówisz – po euforii w Świdniku, gdzie zagraliśmy w miarę solidny mecz, jednak też trzeba przyznać, że dużo szczęścia nam w tym meczu dopisało, to każdy przed meczem z Wiązownicą celował w trzy punkty. My też z takim nastawieniem do tego podeszliśmy, ale jak widzimy piłka nożna pisze różne scenariusze. Można różne rzeczy przed meczem sobie zakładać i celować w trzy punkty, ale po drugiej stronie jest przeciwnik i ciąg różnych zdarzeń na boisku powoduje, że sami wiemy, jak to się wszystko potoczyło. Gra przez większość spotkania jednego mniej, gonienie wyniku. Także mówię, reasumując wszystko tak na chłodno, myślę, że ten punkt można uznać za cenny. Na pewno ten mecz trzeba dogłębnie przeanalizować, bo nie przystoi nam grając na własnym boisku tracić trzy bramki w takich okolicznościach. Patrząc na to, że chcemy być zespołem który w przyszłości chce o coś walczyć, to tu na pewno jest dużo do poprawy.
Jeśli chodzi o to, o co będzie zespół walczył w tej rundzie – powiedzmy sobie szczerze, może być bardzo ciężko, jeśli chodzi o awans, bo jednak Wieczysta ma dużą przewagę, duże możliwości organizacyjno-finansowe. Jakie są cele stawiane przed zespołem? Każdy kolejny mecz czy jest jakiś cel minimum, jeśli chodzi na przykład o miejsce na koniec sezonu?
Nie, nie ma takiego celu. Myślę, że cel to my musimy sobie sami postawić – tak jak mówisz – z meczu na mecz, do każdego meczu podchodzić z taką myślą, że chcemy go wygrać. Co nam to da, to się okaże po ostatniej kolejce, w czerwcu. Na pewno jak najwyższe miejsce w tabeli i zwycięstwo w Okręgowym Pucharze Polski, żeby później móc zaistnieć w Pucharze Polski na szczeblu centralnym. Także myślę, że to jest taki cel numer jeden, a w lidze nie ma presji, bo też to jest taki fajny czas na to, żeby tworzyć fundament na przyszłość w kierunku rozwoju zespołu.
Wróćmy teraz może do Twoich początków, jeśli chodzi o przygodę z piłką. Jak to się zaczęło i kiedy w zasadzie pomyślałeś, że z tego może być już coś takiego poważniejszego?
Jeśli chodzi o to, jak to się zaczęło, to myślę, że trzeba się cofnąć do takich rzeczy, których ja jeszcze nie pamiętam, ale są uwiecznione gdzieś na fotografiach. Mam mając jakieś dwa-trzy lata zdjęcia z piłką. A później? Myślę, że to obcowanie na co dzień, różne zabawy gdzie piłka się przewijała i w pewnym wieku – już dokładnie nie pamiętam – ale myślę, że siedmiu-ośmiu lat, podążanie na pobliskie boisko w sąsiedztwie. Bo też były to takie czasy, gdzie te boiska, czy w mieście, czy na wsi – bo ja akurat wychowałem się na wsi, w Osobnicy – to na nich jak sięgam pamięcią, naprawdę było multum chłopaków i to mi utkwiło w pamięci. Później, sami organizowaliśmy sobie rozgrywki – można powiedzieć – między okolicznymi miejscowościami. My mieliśmy swoją drużynę, miejscowość sąsiednia miała swoją, to też tak fajnie cementowało i rozwijało pod różnymi względami. Bo wtedy żeby gdzieś zagrać, to sami tworzyliśmy sobie boiska, sami kosiliśmy trawę, robiliśmy bramki i później graliśmy, nieraz to były mecze dzień w dzień po kilka godzin. Na pewno też wyjazdy z tatą na mecze, oglądanie drużyny seniorów, a po powrocie brało się piłkę i kopało koło domu i myślę, że to w młodym człowieku zaszczepiało taką pasję, a później myślę, że już tak poszło bardziej lawinowo. Poprzez szkolną ligę halową trafiłem do zespołu Gamrat Jasło, w późniejszym etapie już po połączeniu w drużynę Rafineria/Czarni Jasło i tam przechodziłem kolejne ścieżki rozwoju. Ale tak naprawdę nie było z mojej, ani ze strony rodziców presji, że muszę to robić. To bardziej samo z siebie wychodziło. A jak człowiek ma w sobie pasję to uważam, że wtedy jest w stanie wiele rzeczy przezwyciężyć, czy się temu poświęcić. Myślę, że to w dużej mierze zadecydowało o tym, że potem w tej piłce seniorskiej zaistniałem. Ale tak jak mówię – nie było presji, tylko po prostu reakcja na to, co w danym momencie miałem zrobić i czemu się chcę poświęcić. I myślę, że takie samozaparcie przyczyniło się do tego, że w tą piłkę zawodową mogłem grać.
Twoimi idolami z młodszych lat byli Leo Messi, Kuba Błaszczykowski i Roberto Carlos. Czy na przestrzeni całej kariery doszli jacyś nowi idole, zawodnicy, których szczególnie podpatrywałeś, biorąc też pod uwagę pozycje, na których grałeś?
Tak, rzeczywiście, wracając do tej pasji, która u młodego chłopaka musi być, to na pewno te postacie, które wymieniłeś, były takimi osobami, dla których siadało się przed telewizorem, na przykład ten galaktyczny Real Madryt, wtedy śledziłem i pasjonowałem się tym zespołem. I też pamiętam, że przez to grono chłopaków starszych, z którymi grałem, to oni ochrzcili mnie takim pseudonimem Carlos:) W późniejszym czasie Kuba Błaszczykowski – z racji tego, że na tych bokach występował, to podpatrywałem jego grę, zachowania, ale to bardziej było na zasadzie takiego emocjonalnego podejścia do piłki nożnej. W tym momencie uważam, że bardziej patrzę na piłkę całościowo, pod względem taktycznym, z jaką wizją gry zespoły przystępują do meczu. I myślę, że na tych trzech postaciach bym się zatrzymał, już nie ma takiej osoby, dla której – nie wiem – muszę siąść przed telewizorem i obejrzeć mecz. Bardziej mam takie merytoryczne podejście do drużyn, czy do trenerów jak prowadzą poszczególne zespoły.
W marcu 2010 roku zostałeś powołany na konsultację do kadry U-17 prowadzonej przez Władysława Żmudę przed turniejem eliminacyjnym do Mistrzostw Europy Elite Round. Jeśli dobrze znalazłem, to wtedy Ty nie miałeś na koncie chyba nawet debiutu w seniorach w Czarnych Jasło. Jak to się w ogóle stało, że trener Żmuda Cię zauważył i czy była duża złość, że na ten turniej się nie udało pojechać?
Jeśli dobrze pamiętam, to tej zimy rozegrałem sparing w seniorach w drużynie Czarnych Jasło. A jak to się stało, że dostałem powołanie? Na pewno trzeba tu wrócić do rywalizacji na szczeblu I ligi podkarpackiej w zespole mojego rocznika ’93, gdzie z powodzeniem rywalizowaliśmy z zespołami Szkół Mistrzostwa Sportowego w Rzeszowie, czy w Mielcu…
To był junior starszy?
Tak, junior młodszy/starszy i praktycznie – o ile dobrze pamiętam – zajmowaliśmy dwa razy trzecie i raz drugie miejsce, przed Stalą Rzeszów (Szkołą Mistrzostwa Sportowego). I też kadra Podkarpacia, którą prowadził trener Rafał Domarski i trener Jakub Kula, obecny asystent trenera Tułacza w Puszczy Niepołomice. Myślę, że może wtedy gdzieś ktoś tam szepnął słowo, że może warto mnie sprawdzić, żebym pojechał i zobaczył, jak to wygląda. Ale konkretów nie znam, po prostu przyszło powołanie na konsultację i tyle. Sama konsultacja trwała chyba ponad tydzień, na tej konsultacji większość chłopaków była z zespołów Młodej Ekstraklasy i klubów z zagranicy, dlatego pomimo tego, iż nie udało się na ten turniej docelowy pojechać, to z takiego wyjazdu mogłem wyciągnąć jak najlepsze doświadczenia, wnioski i była to fajna przygoda dla mnie.
A trener Żmuda jakieś wskazówki Ci dawał odnośnie Twojej gry?
Nie, sztab był tak rozbudowany, że praktycznie trener Żmuda był takim – można powiedzieć – dowodzącym, takim menedżerem bardziej, natomiast miał grono asystentów i to bardziej od nich różne wskazówki otrzymywałem. Nawet pomimo tego, że na ten turniej nie pojechałem, to z każdym była przeprowadzona rozmowa, na jakie rzeczy zwrócić uwagę, co poprawić.
Dzięki temu chyba łatwiej Tobie było wejść do piłki seniorskiej do Czarnych Jasło – najpierw w okręgówce, a później w czołówce IV ligi. Czy duży był przeskok między piłką juniorską a seniorską?
Tak, to znaczy w tym sezonie, w którym dostałem powołanie do kadry, to walczyliśmy jeszcze z SMS-em mieleckim i rzeszowskim o to, żeby zająć pierwsze miejsce w lidze podkarpackiej i pojechać na mistrzostwa Polski. Ale to się nie udało i w końcówce sezonu – to była liga okręgowa – Czarni Jasło zapewnili sobie awans do IV ligi i wtedy już tacy wyróżniający się zawodnicy – chyba było nas trzech, czterech – trafiało do drużyny seniorów. Czyli de facto chyba debiut seniorski zaliczyłem jeszcze w lidze okręgowej, gdzie mając już pewny awans dano nam, młodym się ogrywać. Myślę, że nie było takiego dużego przeskoku jak dla mnie, być może dlatego, że – wracając do lat młodzieńczych – w tych rywalizowało się też ze starszymi zawodnikami i może ta bariera tego przejścia była łatwiejsza. Na pewno piłka juniorska i seniorska, to są dwie różne rzeczywistości, inna fizyka, inne cele, ale jakoś tego przeskoku tak mocno nie odczułem. I już od nowego sezonu stałem się takim pełnoprawnym zawodnikiem drużyny seniorów Czarnych Jasło.

Kolejny etap to Resovia, II liga, już znacznie poważniejsze sprawdziany dla Ciebie jako wciąż młodego zawodnika.
Tak, po czasie, który spędziłem i rozegrałem – można powiedzieć – od deski do deski w barwach Czarnych Jasło, w sezonie w którym odchodziłem byliśmy po rundzie jesiennej liderem IV ligi, mieliśmy zgrany z fajną atmosferą zespół, stąd miałem znaki zapytania, czy to akurat jest dobry moment, ponieważ miałem ostatnie pół roku szkoły przed maturą, dlatego zastanawiałem się, ale ponieważ pojawiła się szansa, to stwierdziłem, że warto spróbować na poziomie II ligi. Mając też taką osobowość jak Marcin Jałocha, ówczesny trener Resovii, uważałem, że to jest fajna okazja, żeby pójść do klubu, który miał swoje aspiracje, żeby być jeszcze szczebel wyżej.
W tamtych latach Resovia rywalizowała oczywiście ze Stalą Rzeszów w spotkaniach derbowych. Jak je wspominasz? Czy one były takie szczególne i czy porównałbyś je w jakiś sposób do spotkań derbowych w innych miastach?
Myślę, że w każdym mieście, jeśli są dwa kluby i kibice, którzy tak mocno utożsamiają się z każdym z tych klubów, to te derby są szczególne i tak też było w Rzeszowie czy w Radomiu. Dało się odczuć ten dzień derbowy, że ta atmosfera wisi w powietrzu, więc na pewno fajne przeżycie i wydarzenie dla kibiców.
A jak zapamiętałeś trenera Tomasza Tułacza? Czy oprócz wiedzy czysto piłkarskiej, taktycznej, miał też takie cechy osobowości, które wskazywałyby na to, że może dokonać czegoś takiego, jak dokonał z Puszczą Niepołomice?
Myślę, że tak. Jeśli chodzi o trenera Tułacza, to na pewno ogromna charyzma. To się dało odczuć – on był takim człowiekiem, który potrafił stworzyć wokół siebie zaufanie i zarażać tym innych. To pokazuje też, jaką długą drogę przebył z Puszczą, gdzie otrzymał to zaufanie, ale też na pewno w dużej części zapracował na to swoją postawą. Natomiast on zawsze powtarzał, że pomiędzy taką wielką piłką, a tą troszkę niższą jest cienka linia. I myślę, że też głęboko wierzył w to, że za parę lat będzie prowadził klub w Ekstraklasie.
A czy mógłbyś przytoczyć jakieś przykłady tych małych rzeczy, które wymagał trener Tułacz?
Na przykład taki jego konik, czyli stałe fragmenty, zwracał uwagę na drobne szczegóły, żeby to co robimy miało efektywne przełożenie w meczu i taki etos pracy, dyscyplina – jeśli mamy coś zrobić, to wyjdźmy i to róbmy, bez owijania w bawełnę. Był taką osobą – można powiedzieć – tak znaczy tak, a nie to nie, taka samodyscyplina, umiał to przełożyć na zespół, to myślę, że pod tym słowem charyzma, tu się dużo jego cech osobowościowych kryje.
Jeszcze pytanie o taki mecz z czasów Resovii z KSZO SSA – mecz, który nie doszedł do skutku, kiedy przed nim nawet kibice KSZO dzwonili do Resovii, do klubu, żeby potwierdzić, że tego meczu nie będzie. Zapamiętałeś to w jakiś szczególny sposób?
Myślę, że nie, my się przygotowywaliśmy normalnie do tego meczu, natomiast ponad dziesięć lat temu, to nie było aż takich większych przecieków, że ktoś do kogoś napisał, że tego meczu może nie być, ale ja to spokojnie odebrałem. Po prostu nie było meczu i tyle, dla nas to był dzień wolny, dzień treningowy. Dopiero gdzieś w późniejszym czasie, przychodząc do KSZO, wróciłem pamięcią do tych czasów, uzmysłowiłem sobie, że gdyby ten mecz doszedł do skutku, to w tamtym czasie mógłbym się mierzyć tutaj w II lidze z KSZO.
Po sezonie 12/13 Resovia, mimo, że zajęła czwarte miejsce, to nie dostała licencji na grę w II lidze na kolejny sezon. Jak to szatnia przyjęła? Czy zanosiło się na to, czy raczej spadło to jak przysłowiowy grom z jasnego nieba?
Myślę, że trochę jak grom z jasnego nieba, bo mieliśmy wtedy dobrą drużynę, zajęliśmy czwarte miejsce, gdzie jeszcze kilka kolejek wcześniej można się było włączyć w walkę o awans. Ale przynajmniej z mojej perspektywy wyglądało to tak, że dochodzi do małej korekty kadry i w przyszłym sezonie walczymy o awans. A tu względy pozasportowe zadecydowały o tym, że Resovia nie dostała licencji, aczkolwiek wiem, że wtedy było też tak, że te zaległości, które były, zostały – co prawda w późniejszym terminie – ale zostały spłacone. I wiele osób, takich oddanych Resovii, bezpośrednio jechało do PZPN i przedstawiali różne dokumenty potwierdzające, że zostało spłacone wszystko. Ale gdzieś wola innych osób sprawiła, że PZPN się nie ugiął i z klubu, który był przygotowany, żeby w II lidze w kolejnym sezonie z trenerem Tułaczem powalczyć o awans, co też byłoby z korzyścią dla mnie, trzeba było przyjąć gorycz tego, że licencja nie została przyznana… ze względu też na ważną umowę zostałem jeszcze pół roku w Resovii.
Później poszedłeś do Radomiaka, spadającego w tamtym sezonie z II ligi. Czy Radomiak już wtedy był takim zespołem z potencjałem na pójście wyżej, czy jeszcze wtedy był to klub na gorszym poziomie pod kątem organizacyjno-finansowym?
Ciężko mi stwierdzić. Ja bardziej skupiałem się wtedy na swojej osobie, z racji tego, że właśnie po pół roku gry w III lidze w Resovii, mając jeszcze wiek młodzieżowca, gdy pojawiła się okazja, żeby przejść do Radomiaka, którą prowadził znany mi z Resovii trener Marcin Jałocha, postanowiłem z tej okazji skorzystać. Poziom II ligi i gra w zespole Radomiaka to była też dla mnie szansa, żeby tam się pokazać. Choć wtedy również taki znak zapytania się pojawił, ponieważ była reorganizacja II ligi i ryzyko tego spadku. I wtedy tak się to potoczyło, że nie udało się utrzymać II ligi w Radomiu. Pamiętam również że pod koniec sezonu doznałem poważnej kontuzji, która mnie na 2-3 miesiące wyłączyła z gry, i też w pewnym sensie zatrzymała w Radomiu. Jednak wizja właścicieli klubu, żeby na kolejny sezon jak najszybciej wrócić, spowodowała to, że ta kontuzja w perspektywie czasu okazała się czymś dobrym, bo zostałem w Radomiu kilka lat i w kolejnym sezonie udało się też – co najważniejsze – wrócić na poziom II ligi. Kolejne lata również uważam, że były owocne z perspektywy takiej osobistej, bo będąc dłużej w jednym miejscu ukończyłem studia na kierunku wychowania fizycznego.
Na pewno, co dało się odczuć, to to, że jest tam wielki głód i zapotrzebowanie na wielką piłkę w Radomiu. I myślę, że patrząc teraz z perspektywy czasu, to krok po kroku to się udało, patrząc wtedy jak to się w Radomiu w bólach rodziło. Ale też było dużo takich oddanych kibiców starszego pokolenia, które pamiętało te najlepsze czasy Radomiaka i widać, że bardzo chcieli, że bardzo było zapotrzebowanie na tą najwyższą klasę rozgrywkową.
Żeby awansować z powrotem do II ligi, musieliście pokonać w barażach Wisłę Sandomierz (prowadzoną wówczas przez Tadeusza Krawca – przyp. red.). Czy po remisie 0:0 u siebie w pierwszym meczu pojawiła się nerwowość, ponieważ mieliście poczucie, że to może być jeden z ważniejszych meczów we współczesnej historii Radomiaka, czy też kibice podeszli ze zrozumieniem, dając niezbędne wsparcie przed rewanżem?
Na pewno wiedzieliśmy, że zdobywając pierwsze miejsce, to nie daje awansu i dwumeczem barażowym można sobie zaprzepaścić cały sezon. Wiedzieliśmy też, że to jest taka szansa, którą trzeba bezwzględnie wykorzystać i po tym pierwszym meczu, pomimo remisu, gdzie byliśmy stroną dominującą i patrząc na to, jaka atmosfera była w mieście i na stadionie, to myślę, że każdy wierzył w to, że nawet po tym remisie, pojedziemy do Sandomierza i ten awans wywalczymy. Jeżeli mocno w coś wierzysz i widzisz spore grono kibiców, które Ci tylko dobrze życzy, to.. myślę, że wtedy w ogóle nikt nie zakładał, że my w tym dwumeczu nie awansujemy.
Już po awansie, w lipcu 2015 roku, prezesem Radomiaka został znany kibicom piłkarskim z Canal+ Sławomir Stempniewski. Jaką był osobą? Czy Twoim zdaniem był dobrym prezesem?
Tak, trzeba przyznać, że wprowadził w tym klubie wyższe standardy. Wiadomo, że teraz chcąc pokonywać kolejne szczeble, to klub musi się rozwijać nie tylko na płaszczyźnie takiej czysto szkoleniowej, piłkarskiej, ale też wokół – medialnie i marketingowo, być zarządzany jak firma. Myślę, że na pewno pan Sławek, ale też ludzie, którzy pracowali wtedy w zarządzie wykonali dobrą robotę i patrząc na to, jak teraz Radomiak funkcjonuje, to myślę, że taką prezesurę trzeba ocenić na plus.
A zdarzało się, że pan Sławek tłumaczył Wam niektóre decyzje sędziów, jeśli na przykład byliście wkurzeni po nich w szatni?
Nie, raczej nie przypominam sobie takich sytuacji. Może przy okazji jakichś spotkań świąteczno-wigilijnych, czy jakichś integracyjnych, gdy temat zszedł akurat na daną sytuację, to może ktoś do niej wracał, że jakaś kontrowersja była, ale raczej nie – takie rozmowy się raczej nie pojawiały.
Jednym z najlepszych i najbardziej znanych zawodników, który w tym czasie grał w Radomiaku był Leandro Rossi Pereira. Czy to był taki przysłowiowy kozak jak na warunki II ligi, który wiedzieliście, że może sam przesądzić o losach meczu, jeśli ten mecz się nie układał? I jaką był osobą? Czy już wówczas były przesłanki ku temu, że właśnie w Radomiu może znaleźć takie swoje miejsce na dłużej?
Tak, Leo na pewno, radosny, oddany zespołowi chłopak, nie stawiał się ponad wszystkimi, a na boisku to myślę, że w wielu momentach pokazał, że potrafi przesądzić o wyniku meczu i w trudnych momentach potrafił pociągnąć zespół. Trafiając do Radomia i patrząc na to, jaką opieką, życzliwością, otoczyli go ludzie, to myślę, że bardzo się utożsamiał z tym miastem i tak jest do dziś, bo pomimo wielu zachęt z różnych klubów, które otrzymywał, pozostał w Radomiu i jest wizytówką Radomiaka.
Tak jak pan Zdzisław Radulski, fizjoterapeuta, będący w Radomiaku od kilkudziesięciu lat, który też na pewno sporo anegdot w szatni opowiadał…
Tak, pan Zdzisiu z tego słynął, człowiek-legenda, różne legendy i historie przytaczał, ale najlepiej brzmią one tylko z jego ust (śmiech). Co jeszcze można o panu Zdzisiu powiedzieć? Na pewno człowiek – jak to mówią – z sercem na dłoni, który tęsknił za Radomiakiem w Ekstraklasie i w różnych rozmowach wspominał, że on chce jeszcze doczekać Radomiaka na Struga 63 w Ekstraklasie. To mu się spełniło i teraz myślę, że na pewno jest bardzo szczęśliwym człowiekiem.
A jak wspominasz trenerów Wernera Liczkę i Roberta Podolińskiego? Jakie oni mieli spojrzenie na futbol, na taktykę, jakimi byli ludźmi?
Zacznę może od trenera Podolińskiego, który przejął nas na krótki okres po trenerze Liczce w rundzie wiosennej. Na pewno po części wpłynął na odświeżenie głów w szatni i gdzieś ten wynik sportowy drgnął do przodu, ale to była krótka współpraca, bodajże dwa miesiące. Na pewno bardzo otwarty, życzliwy człowiek i z takim spokojnym podejściem do każdego zawodnika.
Miał taką dużą wiedzę taktyczną, tak jak to czasem wygląda w telewizji?
Tak, on też przychodził do klubu jako trener ekstraklasowy wtedy, po Cracovii, po Podbeskidziu Bielsko-Biała, natomiast też musiał się dostosować, bo był w trakcie sezonu. Musiał zadziałać tu i teraz, też pewnie obrał sobie taki pomysł, żeby pomóc zespołowi w danym momencie. Myślę, że w dalszej perspektywie można było jeszcze dużo więcej od takiego człowieka, trenera wyciągnąć.
A Werner Liczka?
Trener Liczka przychodził jako doświadczony trener, obcokrajowiec, ale znający polskie realia, ale tutaj muszę powiedzieć o trenerze same plusy, jako osobowość i jako taki mentor, nie tylko jeśli chodzi o sprawy stricte sportowe, taktyczne, ale w takich kontaktach międzyludzkich, to naprawdę taka postać od której można było wiele czerpać. Jeśli zaś chodzi o takie stricte sportowe, taktyczne rzeczy, to na pewno to, co wtedy zmienił, to po raz pierwszy zetknęliśmy się z ustawieniem 4-3-3 na boisku, gdzie też dla mnie była to nowość. Byłem praktycznie cały czas przywiązany do lewej strony i nagle przeszedłem na prawą stronę – on zauważył, że można z prawej strony schodzić na lewą nogę i wtedy mam więcej możliwości, bo mogę wrzucić, mogę zawsze oddać strzał, nie ogranicza mnie linia. Widać było pomysł na zespół, intensywność i jakość treningów. Nie robiliśmy Bóg wie jakich, skomplikowanych ćwiczeń, ale – jak to mówią – rzeczy proste rób doskonale, na tym się skupiaj. Jeśli chodzi o taką psychologię i podejście mentalne, trener Liczka powtarzał, żeby nie rozpamiętywać, tak jak to u nas się gdzieś przyjęło w piłce czy innych dziedzinach, gdzie lubimy roztrząsać pewne sytuacje, poprzez media itp… On zetknął się z wielką piłką i mówił, że na najwyższym poziomie jest dana sytuacja w meczu, na boisku i musisz mieć czystą głowę, bez kalkulacji z odwagą podejmować kolejne działania i z uśmiechem przychodzić do pracy i tym zarażał, bo mimo swojego wieku zawsze był aktywny. Gdy odchodził, to w szatni też można było odczuć taki lekki smutek, że nie udało się nam z tym trenerem osiągnąć lepszego wyniku, bo on naprawdę był oddany zespołowi.

A jak zmieniło się Twoje postrzeganie samego miasta przez ten czas, gdy tam mieszkałeś? Bo jest sporo żartów, memów z Radomia, a to w sumie chyba nie jest brzydkie miasto?
Nie, ja – prawdę mówiąc – przechodząc wtedy z Rzeszowa do Radomia, to nie zetknąłem się wtedy z tymi memami o Radomiu. Szedłem tam bardziej pod względem takim czysto sportowym, czyli, że idę do klubu z aspiracjami i bardziej skupiałem się na takich rzeczach jak klub, mieszkanie, stricte rzeczy treningowe. Może później gdzieś się słyszało w mediach takie rzeczy, ale jak się to miejsce poznało od środka, to mam zupełnie inne zdanie, że wcale tak nie było. Natomiast patrząc na to, że przez ten okres, w którym ja tam byłem i teraz też odwiedzając to miasto dwa-trzy lata temu, to się mega zmieniło i myślę, że to takie troszkę przekłamane te memy w internecie. Gdzieś tam się utarło, że tak to już jest o tym Radomiu, ale nie – z odczucia swojego i ludzi, których tam spotkałem i rzeszy kibiców – to rzeczywiście, ludzie bardzo oddani, charakterni i broniący swoich wartości.
Później przeniosłeś się do Pogoni Siedlce, gdzie trenerem był wówczas Marcin Prasoł, były asystent Adama Nawałki. Czy była szyderka ze słynnego „zapisz to, faken”?
https://www.tiktok.com/@sebeast7/video/7157633092344106245
Szyderka nie wiem czy była, ale jak to w klubach, gdy przychodzi nowy trener, to każdy może sobie wygooglować kto to jest, kim jest i na pewno to się gdzieś tam przewijało w szatni, że taka sytuacja miała miejsce, ale funkcjonowaliśmy z dojrzałymi zawodnikami w szatni, więc myślę, że nikt z takich rzeczy nie robił jakichś wielkich sensacji. Trener dał się poznać jako osoba zwracająca uwagę na najdrobniejsze szczegóły, jego sposób prowadzenia zespołu, kontakt z zawodnikami zaowocował tym że z zespołu broniącego się przed spadkiem na koniec sezonu otarliśmy się o baraże.
Czy cieszysz się, że nie przedłużono z Tobą kontraktu w kontekście późniejszej „afery witaminowej”, która miała miejsce w Pogoni, w której też chyba było spore ciśnienie na awans po spadku z I ligi?
Tak, sprawy związane z polityką klubu, spowodowały to, że trener Prasoł nie został na kolejny sezon, kilku zawodników też odeszło, między innymi ja i myślę, że patrząc teraz z perspektywy czasu, co tam się później wydarzyło, to myślę, że to jest moje szczęście, że uniknąłem tego, co spotkało kilku chłopaków którzy przez kilka lat nie mogli uprawiać swojego zawodu, a niektórzy nawet do piłki nie wrócili.

Rozmawiałeś może z którymś z tych zawieszonych zawodników po tej sytuacji? Jak oni to odbierali? Winili klub?
Nie byłem tam od środka i nie wiem, jak to wyglądało, ale na pewno wielki pech dla tych zawieszonych zawodników, bo ciężko się z czymś takim pogodzić.
Następnie była Wisła Sandomierz, a później Wisła Puławy. W Puławach, mimo, że to była III liga, to mieliście bardzo mocny skład. Z kim tam najczęściej rywalizowałeś o miejsce w składzie i czy uważasz, że ten ostatni mecz sezonu, to 7:1 z KSZO, sprawiło, że koniec końców tu trafiłeś?
Tak, w Wiśle Sandomierz krótka przygoda, ale też w ciągu tej krótkiej przygody miałem przyjemność spotkać się z trenerem Rafałem Wójcikiem, więc może to też przyczyniło się do tego, że teraz tutaj wspólnie pracujemy. A jeśli chodzi o Wisłę Puławy, to można powiedzieć, że jeśli Wisła by w tamtym momencie wystawiła dwie jedenastki na poziomie III ligi, to myślę, że ta druga jedenastka też by z powodzeniem walczyła o górną część tabeli. Ale taki był pomysł trenera i polityka klubu, żeby rywalizacją, tą szeroką kadrą osiągnąć awans i wrócić na szczebel centralny. I można powiedzieć, że w cuglach tą III ligę wygraliśmy. A czy ten ostatni mecz jakoś zadecydował? Myślę, że nie, ja do każdego meczu staram się podchodzić normalnie, czyli jeżeli wychodzisz na boisko i grasz z pasją, zostawiasz serce na boisku, to uważam, że to widać. Być może zostało to gdzieś zauważone, gdy mój temat się tu w KSZO pojawił, ale ja do tego tak nie podchodziłem, że akurat ten mecz zadecydował.
W tym meczu Wisła zdobyła siedem bramek, co pozwoliło jej skończyć sezon z okrągłym dorobkiem stu goli.
Tak, tak jak mówię, mecz piłkarski pisze różne scenariusze. Nie było takiej presji, że przyjeżdża KSZO i musimy o te sto bramek powalczyć, ale w trakcie meczu pojawiła się okazja, więc to też był taki czynnik mobilizujący i udało się to osiągnąć, takie fajne zwieńczenie tego sezonu i awansu.
Dwa i pół roku w KSZO to chyba Twój najlepszy czas, jeśli chodzi o liczby. Też tak to odczuwasz, że jesteś częścią dobrze funkcjonującego zespołu?
Muszę się zgodzić, że dobrze się tutaj czuję. Przychodząc do zespołu, słysząc też jaka sytuacja panowała w KSZO, częste zmiany, brak stabilizacji, dużo osób mówiło, że może nie. Ale jednak skorzystałem i tak już jestem te dwa i pół roku. Myślę, że jeśli człowiek się w danym miejscu dobrze czuje i funkcjonuje to później przenosi się to na boisko, ma się przyjemność z kolejnego treningu, meczu. Poza tym, tak jak u mnie, jeśli człowiek jest starszy, to też doświadczenie robi swoje i na wiele rzeczy patrzysz troszkę spokojniej, a ten dystans pomaga, żeby nie podchodzić tak emocjonalnie do tego, że coś się musi, tylko robić coś bardziej z pasji, z serca.
A jaka jest aktualnie Twoja optymalna pozycja na boisku? Lewa obrona, czy widziałbyś siebie też gdzieś wyżej – na boku pomocy, ewentualnie jako wahadłowy w ustawieniu z trójką środkowych obrońców, czy wręcz przeciwnie – z wiekiem lepiej Ci bliżej bramki?
Myślę, że optymalnie to na pewno są te boczne strefy boiska, ale patrząc na to, jak się piłka zmienia, to boczni obrońcy często grają na bardzo dużych intensywnościach, w zależności od modelu, w jakim dany zespół funkcjonuje. Także myślę, że nie, że nie czuję tego, że gdzieś tam z racji wieku ta lewa obrona jest mi przypisana, aczkolwiek na pewno masz tam większy wpływ na grę. Grając wyżej jesteś uzależniony od tego, żeby ktoś tę akcję tak zbudował, tak przygotował, żeby otrzymać podanie w najwyższych partiach boiska. Tu jest tak, że możesz dużo akcji inicjować i atakować z głębi i nie ukrywam, że dobrze się w tym czuję, ale na pewno ustawienie wyżej – bok pomocy, lewa, prawa strona nie jest mi obce i tam gdzie będzie zapotrzebowanie, tam będę starał się dawać z siebie tyle, żeby jak najbardziej pomóc zespołowi.
Plany na przyszłość, marzenia piłkarskie i pozapiłkarskie?
Plany na przyszłość to pisze przyszłość (uśmiech), ale na pewno chciałbym zostać przy tym, co się robiło tak naprawdę całe życie i myślę, że ukończone studia czy kursy mi w tym pomogą. A jak zdrowie będzie dopisywało, to grać jak najdłużej, ale na pewno trzeba pewne rzeczy sobie z tyłu głowy zabezpieczyć, żeby później nie być zaskoczonym. Ogólnie chciałbym się widzieć wraz z żoną i dziećmi jako rodzinę, która cieszy się zdrowiem i każdym kolejnym dniem.
Widzisz siebie później w roli trenera?
Myślę, że po części tak, oglądając różne mecze w telewizji, podglądając różnych trenerów, czy słuchając podcastów, to gdzieś się wdraża powoli. Nie patrzy się już tak emocjonalnie, oglądając mecz, tylko bardziej jak funkcjonuje zespół, jako całokształt, ale zobaczymy, co przyniesie przyszłość.
Zapytam jeszcze o pozapiłkarskie hobby i o to, jaką jesteś osobą na co dzień.
Myślę, że jestem spokojną, odpowiedzialną osobą, lubię mieć wszystko tak poukładane, żeby – tak jak już wcześniej wspomniałem – nie być zaskoczonym. To jaką jestem osobą, to myślę, że najlepiej ocenią bliscy i Ci co mnie znają, ale bardzo lubię i cenię sobie życie rodzinne. Ponadto, wracając w swoje rodzinne strony, to tam w czasie wolnym lubię się oderwać od takich spraw czysto sportowych i – przejażdżki rowerowe po fajnych terenach w okolicach mojej miejscowości, czy spacery – to są takie rzeczy, które sprawiają mi radość, a jeśli czas pozwoli to słuchanie różnych podcastów o różnej tematyce, czy to sportowej, czy innej.
A jakimi tematami z tych pozasportowych się interesujesz?
Różne, ostatnio te związane z budownictwem, ale lubię słuchać różnych podcastów związanych z rozwojem osobistym, treningiem ducha np. księdza Piotra Pawlukiewicza itp. takich rzeczy rozwojowych i wskazówek, bo – tak jak mówię – możemy trenować aspekty fizyczne, ale te cechy, które mamy w sobie bez wysiłku i pracy nad nimi zanikają.
Ostatnie pytanie – czy mieszkając w rodzinnej Osobnicy, albo nawet teraz – korzystałeś i korzystasz z bliskości Bieszczadów?
Tak, korzystałem, bywałem w samym sercu Bieszczadów, w takich popularnych miejscowościach jak Solina czy Polańczyk, ale też patrząc na moją miejscowość, czyli Osobnicę, która jest położona w Beskidzie Niskim, to przyjeżdżając z miasta, już daje się odczuć i zobaczyć fajne krajobrazy. Można też dużo fajnych, historycznych miejsc zwiedzić i przede wszystkim odpocząć, także naprawdę polecam.
Rozmawiał: Mateusz Jamiński
