I ZespółKSZO

Piorunujący koniec Porońca

KSZO Ostrowiec Świętokrzyski w bardzo pechowy sposób stracił dwa punkty w starciu z Porońcem Poronin 1:1 (0:0). Ostrowczanie objęli prowadzenie po trafieniu Michała Kosowskiego, ale w czwartej minucie doliczonego czasu gry do wyrównania doprowadził Dawid Bartos.

Początek spotkania nie zapowiadał aż tak wielkich emocji, jakie miały miejsce w końcowych fragmentach spotkania. Ostrowczanie starali się jak najczęściej zagrażać bramce Porońca, wyszli dość wysokim pressingiem i wychodziło im to zupełnie nieźle. Już w siódmej minucie po rzucie rożnym do piłki w okolicach szesnastego metra doszedł Klaudiusz Łatkowski, jednak uderzył niecelnie. Chwilę później Marcin Folwarski przejął piłkę na trzydziestym metrze, podciągnął kilka metrów i zdecydował się na uderzenie, jednak pewnie je obronił Zacharski. Nieco później mecz nam się zaostrzył, głównie za sprawą podopiecznych trenera Manelskiego, którzy nie przebierali w środkach, a swoich szans szukali odgryzając się kontratakami. W ostrzej grze szczególnie brylował stoper Daniel Mikołajczyk, który w przeciągu trzech minut powinien był otrzymać dwie żółte kartki. Raz za interwencję od tyłu w nogi jednego z naszych zawodników, a chwilę później za chwyt rodem z zapasów na wychodzącym na czystą pozycję Kubie Kapsie. Skończyło się jedynie na napomnieniu za tą drugą sytuację. Z drugiej jednak strony po ataku Erwina Nowika na zawodnika gości Rafała Gadzinę ten został zmieniony już przed przerwą. Natomiast Mikołajczyk był bliski pokonania Konrada Zacharskiego, kiedy to zdecydował się na uderzenie z pierwszej piłki po rzucie rożnym, jednak ładnie końcami palców interweniował nasz bramkarz. Ostrowczanom w paru sytuacjach brakowało ostatniego podania, np. wtedy gdy Kamil Dziadowicz zagrał z prawej strony wzdłuż bramki, a żaden z naszych graczy do niej nie dotarł, albo gdy Przemek Ryński po podciągnięciu kilkunastu metrów tak wyrzucił „Dziadka” podaniem na lewą stronę boiska, że ten nie zdołał jej opanować. Najlepszą sytuację ostrowczanie zmarnowali tuż przed gwizdkiem na przerwę – do piłki po rzucie w polu karnym dobiegł Kamil Dziadowicz, zgrał ją Erwinowi Nowikowi, a stoper pomarańczowo-czarnych zdecydował się na uderzenie nożycami. Niestety, zamiast bramki z cyklu „stadiony świata”, przy Świętokrzyskiej był tylko jęk zawodu, bo uderzenie okazało się niecelne.

Na początku drugiej połowy zawodnicy Porońca trafili do siatki naszego zespołu, ale na szczęście chwilę wcześniej prowadzący zawody Marcin Bąk dopatrzył się faulu na jednym z naszych defensorów. Chwilę później podopieczni trenera Rafała Lasockiego już prowadzili. Michał Kosowski doskonale odnalazł się w polu karnym i z kilku metrów pokonał Adriana Jękota. Przez moment nie było wiadomo, czy bramka zostanie uznana, bo zawodnicy gości reklamowali pozycję spaloną „Kosy”, ale po konsultacji z arbitrem liniowym sędzia główny wskazał na środek boiska. Kilka minut po zdobyciu bramki Poroniec był bliski wyrównania, ale strzał Mariusza Łyducha głową z kilku metrów fantastycznie obronił Zacharski. Kilkadziesiąt sekund później znów było groźnie pod bramką „Zachara”, ale na szczęście do piłki zagranej wzdłuż bramki nie dobiegł żaden z zawodników gości. Druga połowa pełna była ostrej gry z jednej i drugiej strony, w dużej mierze za sprawą sędziego Bąka, który wydawał się kompletnie nie ogarniać tego, co się dzieje na boisku. Momentami to nie była piłka, ale coś na kształt boiskowych zapasów, ju-jitsu, capoeiry i innych sztuk walki. Ale arbiter z Kielc pokazał zaledwie trzy żółte kartki, choć powinien ze trzy razy tyle. Jak chociażby Dawidowi Bartosowi na początku drugiej części spotkania, czy innemu z zawodników gości, który mógł spowodować poważną kontuzję Pawła Czajkowskiego.

Jeśli chodzi o grę obu zespołów, to w końcowych fragmentach spotkania na boisku zrobiło się więcej miejsca, przez co zgromadzeni przy Świętokrzyskiej kibice mogli oglądać bardzo dobre widowisko. Cios za cios, akcja za akcję. Ostrowczanie żądlili kontrami, Poroniec miał kilka stałych fragmentów gry, jednak poza sytuacją Łyducha, takiej klarownej „setki” podopieczni trenera Manelskiego nie mieli. Kapitalną sytuację na podwyższenie rezultatu, a tym samym zakończenie spotkania zmarnował w siedemdziesiątej minucie spotkania Arkadiusz Czerwiński, który strzelił niecelnie głową z kilku metrów. Jednak to nic w porównaniu z sytuacją Kamila Dziadowicza i Jakuba Kapsy, którzy kilka minut później nie wykorzystali sytuacji sam na sam z Adrianem Jękotem. Natomiast jeśli chodzi o tego, który był największym nazwiskiem tego pojedynku, czyli Macieja Żurawskiego, to -delikatnie mówiąc – nie popisał się niczym nadzwyczajnym. Dla „Żurawia” był to mecz z gatunku tych, o których może zapomnieć po wyjściu z autokaru, a najpóźniej na drugi dzień. Były król strzelców Ekstraklasy nie miał żadnej sytuacji pod bramką Konrada Zacharskiego, nie miał też zbyt wielu udanych piłek do partnerów z zespołu. Lata świetlne od czasów świetności.

Jednak to i tak nic, w porówaniu z tym co na boisku wyprawiał wspomniany wcześniej Mikołajczyk. Dziesięć minut przed końcem w sytuacji, w której jego drużyna miała rzut wolny z dogodnej pozycji, uderzył Erwina Nowika w brzuch, za co wyleciał z boiska. Idiotyzm w czystej postaci. Zachowanie na poziomie Patryka Małeckiego ze swoich najlepszych czasów. Mało tego Mikołajczyk chwilę po otrzymaniu żółtej kartki miał wzrok, jakby miał zlinczować kieleckiego arbitra. Sugerujemy wizytę u psychiatry albo w kaftanie bezpieczeństwa do Morawicy. Dorównał mu sędzia Bąk, który pozwolił mu przebywać na trybunach boiska zamiast skierować go na przedwczesny prysznic.

Pomimo, że ostrowczanie grali w przewadze to niestety nie dowieźli zwycięstwa do końca. W czwartej minucie doliczonego czasu gry na uderzenie z 25 metrów zdecydował się Dawid Bartos, piłka ocierając się o jednego z naszych obrońców zmyliła Konrada Zacharskiego i remis stał się faktem. Nasi zawodnicy długo nie mogli dojść do siebie, „Zachar” leżał po końcowym gwizdku skrywając twarz w dłoniej a trener Lasocki po meczu był przeciwieństwem impulsywnego człowieka, który przeżywa niesamowicie każde zagranie. Ostrowczanie – co trzeba podkreślić – byli dziś zespołem lepszym, stworzyli sobie więcej sytuacji, ale piłka nie jest sprawiedliwa. To był taki mecz, po którym fanów ostrowieckiego zespołu przez kilka dni będzie meczył solidny kac. Próba odpowiedzi na pytanie jak mogło się to stać? Niestety, niewykorzystane sytuacje w meczach u siebie się mszczą. Nie dobiliśmy Porońca i zostaliśmy za to srogo ukarani. Oby w Bodzentynie było lepiej, bo takie straty punktów każdego bolą najbardziej.

KSZO Ostrowiec Świętokrzyski – Poroniec Poronin 1:1 (0:0)

1:0 Michał Kosowski 55 minuta

1:1 Dawid Bartos 90+4 minuta

KSZO: Zacharski – Stachurski, Nowik, Grunt, Łatkowski – Dziadowicz (90′ Hołody), Czajkowski, Mąka, Ryński (83′ Gardynik), Kapsa (88′ Sudy) – Kosowski (63′ Czerwiński).

Poroniec: Jękot – Nowobilski, Bartos, Mikołajczyk, Senderski – Folwarski (67′ Leszczak), Lizak (82′ Piszczek), Prokop, Gadzina (38′ Łyduch), Zielonka – Żurawski.

Żółte kartki: Nowik – Mikołajczyk.

Czerwona kartka: Mikołajczyk (79. minuta, za drugą żółtą)

Sędziował: Marcin Bąk (Kielce)