KSZOWywiad

„Cieszę się, że zawodnicy szybko chcieli się uczyć…” – rozmowa z Rafałem Lasockim

Często żartuję do Marcina i Erwina, gdy uda mi się jakieś dobre zagranie, mówię: Jestem zwarty i gotowy. Powiedziałem i obiecałem sobie jednak, że jeżeli uznam, że zawodnicy grający na boisku nie będą grali gorzej ode mnie, to będą oni grali. Ja grając lepiej się czuję, chociaż dochodziły mnie słuchy, że wiele osób mówiło abym nie grał, ponieważ więcej widać z ławki rezerwowych. Nieprawda, nieprawda i jeszcze raz nieprawda – mówi Rafał Lasocki, z którym w wywiadzie dla skKSZO.pl, podsumowaliśmy rundę jesienną, choć zahaczyliśmy także o inne tematy, m.in. Centralnej Ligi Juniorów. Zapraszamy do lektury.

Redakcja: Rozmowę zaczniemy od dwóch pierwszych spotkań, które zakończyły się remisami z Wisłą Sandomierz i Granatem Skarżysko-Kamienna. Czy po nich widział pan, że to wszystko zmierza w dobrym kierunku?

Rafał Lasocki: To znaczy, nawet nie po tych dwóch spotkaniach, ale tak naprawdę to w momencie, gdy dowiedziałem się, jaką będę dysponował kadrą. Największym problemem było to, że doszło do nas aż dziewięciu zawodników – bardzo dużo, a mieliśmy bardzo mało czasu, bo były tylko trzy tygodnie na przygotowania do sezonu. Trafiliśmy na bardzo wymagających przeciwników w tych dwóch pierwszych kolejkach i cieszę się z tych dwóch remisów. Wiadomo, że można było te mecze wygrać, ale można było też je przegrać, także ja z tych dwóch remisów jestem bardzo zadowolony.

Później były dwa zwycięstwa – z Unią Tarnów i Wierną Małogoszcz, a następnie mecz piątej kolejki z Garbarnią, w którym długo gra nam się nie układała. Można powiedzieć, że był to mecz z gatunku: lepszy wynik niż gra.

Zdecydowanie tak, bo tak naprawdę to Garbarnia była zespołem, który prowadził grę, zespołem, który w moim odczuciu był delikatnie lepszym, ale dwa stałe fragmenty gry zadecydowały o tym, że my ten mecz wygraliśmy. Ja się bardzo cieszę, że my tym meczem przełamaliśmy taką naszą niemoc, bo nam nigdy zespoły krakowskie „nie leżały”, zawsze z nimi przegrywaliśmy. A teraz – z Garbarnią wygrana, z Hutnikiem, w meczu, w którym też byliśmy troszkę słabszym zespołem – zremisowaliśmy, a z Wisłą II Kraków wygraliśmy na ich terenie, w meczu, w którym zespół gospodarzy naszpikowany był zawodnikami z Ekstraklasy (m.in. reprezentant Haiti – Wilde-Donald Guerrier – przyp. red.), a moi chłopcy na dużo im nie pozwolili.

Co było przyczyną nieco słabszej dyspozycji po spotkaniu z Garbarnią – porażki z Łysicą, Beskidem, także z Sołą mimo dobrego meczu i remis z Porońcem, który pewnie śnił się po nocach?

Tutaj nie do końca się zgadzam, przepraszam, zgadzam się, co do meczów z Łysicą Bodzentyn i Beskidem Andrychów. W przypadku Łysicy Bodzentyn – przede wszystkim boisko. My mamy już zupełnie inny sposób grania, inny styl i tam się zupełnie nie dało tak grać. Łysica strzeliła bramkę w pierwszych minutach po indywidualnym błędzie, a później my nie byliśmy na tyle silni fizycznie, żeby doprowadzić do remisu czy do zwycięstwa, gdzie była walka bezpardonowa, chamska, brutalna, szczególnie z jednej strony, na co arbiter po prostu przymykał oko, w mojej ocenie świadomie. Gdy moi zawodnicy też zaczęli ostro grać, to od razu ich kartkował albo podchodził i ostrzegał, że będzie wyrzucał z boiska, a zawodnicy z Bodzentyna jakby tego samego nie słyszeli. Beskid Andrychów – rzeczywiście, bo to był chyba nasz najsłabszy mecz, którego jednak nie powinniśmy przegrać – powinniśmy go zremisować 0:0, bo ani Beskid, ani my, nie zaprezentowaliśmy się po prostu dobrze. Nikt nie stworzył praktycznie żadnej sytuacji, oni strzelili nam bramkę z rzutu rożnego, taką dosyć kuriozalną i tu mogę mieć może nie żal i pretensje, ale to był rzeczywiście nasz słaby mecz. Natomiast, broń Boże nie zgodzę się odnośnie Porońca Poronin i Soły Oświęcim. Wiadomo, kto przyjechał z Porońcem i mimo tego, że słabo grał, ale dlatego słabo grał, bo moi obrońcy dobrze grali – mówię tu o Maćku Żurawskim – można powiedzieć, że byłego reprezentanta Polski „nakryli czapką”. My w tym meczu zdecydowanie przeważaliśmy, byliśmy lepszym zespołem, a niestety tak się stało, że po rykoszecie w ostatnich sekundach meczu straciliśmy bramkę. To jest piłka nożna, czasami tak się zdarza, zremisowaliśmy mecz. A z Sołą Oświęcim to był nasz najlepszy mecz. Co prawda przegraliśmy 0:2, ale to był świetny mecz w naszym wykonaniu. Jedyne czego brakowało, to bramek, tej „kropki nad i”, gdybyśmy wykorzystali chociaż trzy sytuacje z takich stuprocentowych, które mieliśmy, to byłoby prawdopodobnie 3:2, a tak przegraliśmy 0:2, w meczu, w którym Soła z takich kuriozalnych sytuacji nam strzeliła bramki – zawodnik stoi tyłem do bramki, wszystko jest pięknie pokryte, a nagle tracimy bramkę. Czasami też tak bywa, ale w mojej ocenie mecz z Sołą Oświęcim, mimo, że przegrany, był naszym najlepszym meczem w tej rundzie. Wiadomo, ktoś się może z tym nie zgadzać, ktoś się może z tego śmiać, ale w mojej ocenie tak było.

W poprzednim sezonie nasz zespół nie potrafił zdominować teoretycznie słabszych rywali – przegraliśmy u siebie m.in. z Bocheńskim KS, Nidą Pińczów, ogółem straciliśmy masę punktów z drużynami z dołu tabeli. W tym roku wygląda to zdecydowanie lepiej.

Zgadza się – mamy zawodników, którzy potrafią operować piłką po ziemi, potrafią grać tyłem do bramki, nie boją się wziąć piłki z przeciwnikiem na plecach. Zawsze sposób i styl gry, dobieram do tego, jakim dysponuję składem. Za wynik odpowiedzialność bierze tylko i wyłącznie trener. Jak się wygra – wszyscy są szczęśliwi, a jak się przegra to zawsze tym złym jest trener. Tak to funkcjonuje i tego się nie zmieni. Ja się cieszę, że chłopcy szybko chcieli się uczyć. My często oglądamy mecze na wideo i czasami u niektórych zawodników widać marazm, nudę, a tutaj ci zawodnicy, którzy przyszli, to oni od pierwszej do ostatniej minuty na odprawie, oni patrzyli się i słuchali ze zrozumieniem, czego ja, jako trener, od nich wymagam, bo w innych klubach grali zupełnie inaczej, bądź nawet mówili, że nigdy czegoś takiego nie mieli, co dla mnie jest troszeczkę dziwne, bo takie odprawy są tak naprawdę na porządku dziennym w wyższych ligach, a tutaj zawodnik 30-letni, który grał w wyższych ligach i z niejednego pieca jadł chleb po prostu mówił, że nigdy czegoś takiego nie miał. I mówił też, że gdyby wiedział te rzeczy wcześniej, to pewnie dużo więcej by w piłce jako zawodnik osiągnął.

Jak udało się dotrzeć do Mateusza Mąki, który w zeszłym sezonie chyba jeszcze nie grał na miarę swojego potencjału, a teraz to zupełnie inny zawodnik, który gra mecz ligowy jakby grał na orliku, bez negatywnych skojarzeń oczywiście (uśmiech)?

Muszę przyznać, że ja jako trener jestem dumny z tej sytuacji i tu przy Was się szczypie, żeby to gdzieś nie minęło, żeby Mateusz nagle o czymś innym nie pomyślał, bo – jak często chłopakom mówię – da się. Można? Można z Mateusza zrobić takiego człowieka, żeby na boisku i poza nim prezentował się naprawdę jak wzór do naśladowania dla młodych adeptów futbolu, gdzie teraz młodzi chłopcy przychodzą na nasze mecze i mówią, że chcą grać jak Mateusz Mąka. O to właśnie, w naszej filozofii prowadzenia klubu, chodzi, żeby ci chłopcy chcieli grać jak seniorzy, żeby oni byli dla nich wzorem do naśladowania nie tylko na boisku, a może i przede wszystkim poza nim.

Jaki będzie cel, jeśli chodzi o rozgrywki Okręgowego Pucharu Polski? W zeszłym roku, prawdę mówiąc, losowanie nam nie dopisało, trafiliśmy najgorzej jak się dało…

To znaczy, ja mam swoją opinię na temat losowania…

Losowania, czy dobierania par, jak kto woli (śmiech). W tym roku walczymy o drugie podejście na szczeblu centralnym, to będzie nasz cel?

Odnośnie losowania, to mi się wydaje, że to nie był przypadek, że wylosowaliśmy Granat i graliśmy u nich, natomiast ja zawsze podkreślam, że dla nas, dla mnie osobiście, Puchar Polski jest tak samo ważny jak liga i do niego zawsze podchodzimy na 100%, co widać. Gdzie nie pojedziemy, to każdy się pyta, dlaczego my gramy podstawowym składem? Właśnie dlatego, że dla mnie jako trenera Puchar Polski jest tak samo ważny jak liga.

Jakie znaczenie ma dla pana połączenie stowarzyszeń KSZO 1929 i MKS KSZO-Junior?

Ma to dla mnie ogromne, fundamentalne znaczenie, z kilku powodów. Pierwszy powód – finansowy. My za rejestrację każdego zawodnika, gdzie prezes Łata jest prezesem jednego i drugiego klubu, musimy zapłacić ponad 1000 złotych. Jednego! To jest niewyobrażalne, że rejestracja praktycznie w obrębie jednego klubu, tyle kosztuje. No i drugi powód, tak naprawdę najważniejszy dla mnie. Pomimo, że prezesem jednego i drugiego klubu jest ta sama osoba, to ja nie mogłem korzystać z juniorów, żeby oni mogli grać np. najpierw u mnie, a później w juniorach, bo to są dwa odrębne kluby. Jeśli my będziemy formalnie jednym klubem, to wtedy ja mogę wyróżniającego się zawodnika włączyć do pierwszego zespołu – on może zagrać np. 20, czy 45 minut w seniorach, a w juniorach normalnie zagrać mecz. Dla mnie jako trenera byłoby to coś pięknego, bo to się jeszcze nie stało. No i najważniejsze, żebyśmy my tym chłopcom wpajali do głowy, że on zaczynając grę w tej najmłodszej grupie, czy to jest Bambini, Skrzat, Orlik, Młodzik, Trampkarz do Juniora Starszego, żeby oni chcieli grać w piłkę nożną w seniorach naszego klubu, bo tej pory było to jakby troszeczkę inaczej, a nam zależy na tym, żeby oni czuli tą tożsamość. My często po meczu zapraszamy do szatni tych chłopców, którzy podają piłki i razem tam śpiewamy. Ostatnio, jako seniorzy, mieliśmy trening razem z grupą młodzieżową, też właśnie po to, żebyśmy my jako klub czuli się taką jedną, wielką, sportową rodziną.

Czy widzi pan zawodników z obecnego zespołu MKS KSZO Junior, którzy mogliby równie płynnie przejść do pierwszej drużyny, jak to zrobili Konrad Zacharski, Karol Barański czy Paweł Czajkowski?

Oczywiście, że tak. Po to szkolimy młodzież, aby potem mieć z tego korzyść. Jest na pewno kilku takich zawodników, jednak nigdy nie operuję nazwiskami. Różnie to bywa z młodymi chłopakami – głowa się czasami zagrzeje, bo ktoś myśli że jest już wielkim, ogromnym zawodnikiem i potem jest problem, jednak zawsze w tych chłopcach potencjał jest duży.

Czy ważne dla pana jest utrzymanie w Centralnej Lidze Juniorów, aby Ci chłopcy mogli uczyć się od najlepszych? Co mogą poprawić piłkarze MKS KSZO Junior, aby utrzymać się?

Dla nas Centralna Liga Juniorów jest bardzo ważna i byłoby rewelacyjnie gdyby juniorzy starsi się w niej utrzymali. Młodszym także udało się teraz awansować, chociaż tam jest trochę inna struktura (po 2 najlepsze zespoły z województw: lubelskiego, świętokrzyskiego, podkarpackiego i małopolskiego – przyp. red.) Utrzymanie będzie bardzo trudne, ponieważ w mojej ocenie wszystko zmierza do tego, aby w tych ligach grały zespoły najbogatsze i szczególnie z klubów Ekstraklasy. Tym bardziej, że bogatsze kluby po prostu wykupują zawodników z klubów słabszych finansowo, czy będących niżej w tabeli. Bogatszym klubom ułatwi to jeszcze nowa ustawa, która wchodzi z dniem 1 lipca, dzięki której za przysłowiową „czapkę gruszek” będą mogli pozyskiwać zawodników z niższych lig do swoich klubów. Jest to dla mnie bardzo ciekawy temat, ponieważ kiedy nasi juniorzy grali w Centralnej Lidze z Legią Warszawa, siedziałem na górze z Jackiem Magierą – obecnie prowadzącym drugi zespół Legii Warszawa – który mówił, że założeniem Legii jest ściągać wszystkich najlepszych zawodników w Polsce, gdzie by oni nie byli. Klub pozyskujący najczęściej nie musi negocjować, tylko: „Dzień dobry, tabelka jest taka i taka”, wpłacają , nawet nie muszą się pytać o zgodę klubu, a zawodnik jest już ich. My chcemy znaleźć takie antidotum- jak mówiłem wcześniej- aby Ci zawodnicy czuli tożsamość z klubem, by chcieli się rozwijać tutaj, a potem jak najbardziej, żeby gdzieś próbowali odchodzić, bo nikt nie będzie stawał na drodze do rozwoju ich kariery. Wiadomo że z tych zawodników, którzy idą do bogatych akademii – a jest ich około setka- to kilkudziesięciu musi odpaść, potem oni wracają i jest troszeczkę inaczej. Abstrahując, podczas wspomnianego meczu z Legią zapytałem, ilu jest chłopaków z Warszawy – okazało się, że jeden, z województwa mazowieckiego trzech. W Centralnej Lidze Juniorów, zawodników Legii Warszawa gra jeden, trzech z województwa Mazowieckiego. Wszyscy są spoza. My takiego komfortu nie mamy. Są dwa kluby w województwie. Jest Korona, jesteśmy my. Korona gra w ekstraklasie, my w III lidze, a oba kluby są w Centralnej Lidze Juniorów. Mamy swoje problemy, ponieważ mamy zawężone pole manewru. Możemy korzystać z zawodników tylko z klubów niższych lig. My szukamy z A-klasy, z B-klasy, z klasy okręgowej. Szukamy młodych talentów, żeby oni mogli tutaj przyjść i nas reprezentować. Tak samo jest w Ostrowcu, po to szkolimy naszych chłopców, nasze dzieci, aby grały w Centralnej Lidze Juniorów oraz -daj Boże- w pierwszym zespole.

Pytanie odnośnie zawodników kontuzjowanych: Klaudiusz Łatkowski, Radek Mikołajek, Przemek Ryński i Arek Czerwiński. Czy ze wszystkich zawodników będzie pan mógł skorzystać na początku przygotowań?

Z Arka Czerwińskiego na pewno nie będziemy mogli korzystać, ponieważ dopiero w lutym będzie przechodził operację i zobaczymy co potem. Wiadomo, to jest pół roku rehabilitacji, także tutaj Arka na pewno nie będzie. Mam głęboką nadzieję, że Radek, Przemek i Klaudek będą w styczniu mogli normalnie trenować i będą do dyspozycji w każdym sparingu, bo jest to bardzo ważne.

Jaki będzie cel zespołu na rundę wiosenną? Czy taki wynik jak teraz – okolice 30 punktów – przy tej ilości meczów wyjazdowych zadowoliło by pana, czy uważa pan, że temu zespołowi potrzebna jest stabilizacja, aby zadomowić się na dobre w tej ligowej czołówce?

Nie chcę gdybać. Wszystko zależy od tego, jaką będziemy dysponować kadrą. Zależy, czy wszyscy zawodnicy będą zdrowi, ponieważ rywalizacja o miejsce w składzie może podnieść poziom zespołu. Czy będziemy grali o kolejne 30 punktów, czy będziemy grali o czwarte miejsce, czy trzecie czy drugie, czy może jeszcze o coś wyżej, to wszystko pokaże i weryfikuje boisko. To jest okres przygotowawczy, to jest kadra, to jest budżet, który weryfikuje i decyduje o ilości i jakości zespołu. Jedyne co mogę powiedzieć, to w każdym meczu będziemy grali o zwycięstwo.

Czy zobaczymy Rafała Lasockiego na boisku w barwach pierwszego zespołu? To naprawdę duża odmiana w porównaniu z poprzednim sezonem, w którym grał Pan praktycznie wszystko, a teraz nie zagrał Pan ani minuty. Nie kusi, żeby jeszcze zagrać w pierwszym zespole?

Oczywiście, że kusi. Jestem zawsze do dyspozycji. Często żartuję do Marcina i Erwina, gdy uda mi się jakieś dobre zagranie, mówię: Jestem zwarty i gotowy. Powiedziałem i obiecałem sobie jednak, że jeżeli uznam, że zawodnicy grający na boisku nie będą grali gorzej ode mnie, to będą oni grali. Ja grając lepiej się czuję, chociaż dochodziły mnie słuchy, że wiele osób mówiło abym nie grał, ponieważ więcej widać z ławki rezerwowych. Nieprawda, nieprawda i jeszcze raz nieprawda. Dlaczego? Będąc na boisku na tej pozycji, poza bramkarzem widziałem cały zespół. Kiedy krzyknąłem, to każdy mnie słyszał. Z ławki rezerwowych na pewno zawodnik z drugiej strony mnie nie usłyszy. Będąc na boisku przy stałych fragmentach gry, w defensywie czy ofensywie widziałem jak zawodnicy oddychają, czy są oni „w beztlenie”, czy są świezi i mogą podjąć ryzyko wysokiego czy niskiego pressingu. Zdecydowanie lepiej i łatwiej prowadzi się zespół z boiska, oczywiście -wiadomo- gdy byłem dobrze przygotowany, bo zmęczenie też dawało znać o sobie i też człowiek nie wszystko wyłapał, ale na pewno dużo więcej niż z ławki rezerwowych. Jedynym minusem jest to, że z boiska reagowałem dużo bardziej impulsywnie na grę swojego zespołu, niż z ławki rezerwowych. Wynika to chyba właśnie ze zmęczenia i z tego, że człowiek chciałby jak najlepiej dla swoich zawodników i oni dobrze o tym wiedzą.

Pytanie za 100 punktów, ponieważ wiele osób chciałoby o to zapytać: Widzi pan w naszym zespole Adriana Gębalskiego?

Rozmawiamy z zawodnikami, nie tylko z Adrianem Gębalskim, lecz z wieloma innymi. Teraz najważniejsze jest to, żeby zawodnik przyszedł i chciałby u nas grać – to jest podstawowy warunek – ale musi być wolnym zawodnikiem. Nas nie stać na to, żeby płacić za zawodników i jest taka sytuacja, że gdy chcemy pozyskać kogoś, to albo musimy dojść do porozumienia z klubem albo zawodnik musi być wolny.

Co Rafał Lasocki chce przekazać swoim wychowankom, którzy na życie nie będą zarabiać graniem w piłkę, którzy będą musieli sobie znaleźć inny sposób na życie. Co jest najważniejsze dla pana, aby im przekazać?

Aby byli normalnymi ludźmi, by normalnie mogli funkcjonować w społeczeństwie. Nie każdy będzie mógł grać na wysokim poziomie. Za każdym razem powtarzam swoim chłopcom – czy ja bym grał w ekstraklasie czy A-klasie, grałbym w piłkę i to jest najważniejsze i najpiękniejsze. Bez względu na poziom ligi, rywalizacja i to że można biegać za piłką, to coś pięknego. Sam może nie w pierwszym, ale w drugim zespole daje z siebie, ile mogę jako zawodnik i z tego cieszę się najbardziej. Oby tak było jak najdalej, żeby to zdrowie dopisywało i człowiek mógł się cały czas ruszać. W mojej ocenie nie ma nic bardziej pięknego niż pograć w piłkę.

Dziękujemy za rozmowę.