Papierowy tygrys – zapowiedź spotkania KSZO – Poroniec Poronin
Po dwóch meczach wyjazdowych pomarańczowo-czarni wracają na Świętokrzyską, gdzie zmierzą się z Porońcem Poronin.
Nie ma chyba drugiej takiej drużyny w III lidze świętokrzysko-małopolskiej, która przywoływałaby równie dużo negatywnych skojarzeń co nasz jutrzejszy rywal. Papierowy tygrys, kolos na glinianych nogach, największe rozczarowanie obecnego sezonu – to tylko niektóre z określeń, jakie można odnieść do aktualnej postawy Porońca. Jedenaście punktów w dziesięciu meczach to jak na potencjał kadrowy oraz możliwości finansowe Porońca bilans żenująco słaby.
***
„Nawet nie liczę, ile zainwestowałem w sport. Zwrotu się nie spodziewam, jest za to satysfakcja”
Józef Pawlikowski-Bulcyk, właściciel Porońca.
***
„Jak go przekonałem (Macieja Żurawskiego)? Usiedliśmy sobie po góralsku, przy wódeczce. Pogadaliśmy i uznał, że chce jeszcze pograć”
Jakub Pawlikowski-Bulcyk, wiceprezes Porońca.
***
Józef Pawlikowski-Bulcyk (u góry, na pierwszym planie) i Jakub Pawlikowski-Bulcyk (trzeci od lewej w dolnym rzędzie, dolne zdjęcie)
A przecież nie tak miało być. Za projektem stoją bowiem olbrzymie pieniądze Józefa Pawlikowskiego-Bulcyka – biznesmena, który majątek zbił na budowie mieszkań w Zakopanem i okolicach, a obecnie jest właścicielem term w Szaflarach i farm wiatrowych w północno-wschodniej Polsce. Pieniądze pieniędzmi, jednak inicjatywa wyszła tak naprawdę od jego syna Jakuba, który kieruje całym tym interesem. Zamarzyła mu się wielka piłka na Podhalu i zapragnął ją mieć nie bacząc na koszty. Już w poprzednim sezonie w Poroninie myśleli o awansie, ale porażki w rundzie wiosennej z Wolanią i Partyzantem Radoszyce pokpiły sprawę i trener Manelski przypłacił je posadą. Jednakże, od momentu przybycia trenera Cecherza w trzynastu ligowych meczach piłkarze Porońca ani razu nie zeszli z boiska pokonani, jedynie dwukrotnie remisując. Już wtedy skład jak na III ligę mieli wręcz kosmiczny – Maciej Żurawski, Dawid Bartos, Janusz Wolański, Paweł Nowak czy Sebastian Leszczak. Kto wie czy gdyby sezon nie trwał kilka kolejek dłużej, to nie zdetronizowaliby Wisły Sandomierz na pozycji lidera? Brakło ledwie punktu.
***
„Nie przyszedłem tutaj pokopać. Chcę pomóc tej drużynie. Nie będzie tak, że będę biegał, wtedy, kiedy mi się będzie chciało. Oby to wszystko skończyło się awansem”
Marcin Malinowski przed sezonem.
***
Jednak teraz miało być inaczej. Na logikę, to nie miało prawa się nie udać. Z gwiazd nie stracili nikogo (jeśli nie liczyć 43-letniego Artura Prokopa), za to doszli jeszcze Marcin Cabaj, Marcin Malinowski, Piotr Madejski czy Michał Gryźlak. Malinowski jeszcze w poprzednim sezonie rywalizował z Ruchem Chorzów w Lidze Europy, Cabaj czy Madejski niegdyś ocierali się o kadrę Polski. Co prawda, daleko im do swojej formy z najlepszych lat, jednak nikt z włodarzy Porońca nie dopuszczał do siebie myśli, że nie będą się wyróżniać na czwartym poziomie rozgrywkowym.
I co? I dwa gongi na dzień dobry. Najpierw 0:3 w Bodzentynie, a następnie dość pechowa porażka u siebie z Sołą Oświęcim. Później trzy mecze bez porażki i kolejny gong. 1:4 z drugą drużyną Wisły Kraków, która według obserwatorów tego meczu robiła w Poroninie, co chciała. Dwa kolejne zwycięstwa dawały nadzieję na to, że Poroniec w końcu się ogarnął i zaczął grać na miarę swojego bądź co bądź nieprzeciętnego potencjału. Złudne. Tyle, że dwa tygodnie temu przyszedł mecz, który przelał czarę goryczy.
***
„Przedstawiliśmy zawodnikom nowe zasady wynagrodzenia. Chcemy, aby były one adekwatne do prezentowego poziomu, a ten na chwilę obecną jest zdecydowanie poniżej oczekiwań, stąd takie a nie inne działania”
Jakub Pawlikowski-Bulcyk po porażce z Hutnikiem (26.09.)
***
Przegrana 1:5 z Hutnikiem była już trzecim spotkaniem, które Poroniec przegrał różnicą trzech lub więcej bramek. Tego było już po prostu za wiele. Jednak zawodnicy ani myśleli przystać na proponowane warunki. Cały tydzień nie trenowali, a w piątek o swojej odmownej decyzji poinformowali zarząd. Efekt – oddany walkowerem mecz z Garbarnią. W tym tygodniu wydawało się, że sytuacja w ekipie z Podhala wraca do normy – zawodnicy zaakceptowali propozycję zarządu, na mocy której będą mieli wypłacaną na bieżąco jedynie część wynagrodzenia, a resztę dopiero w sytuacji, gdy drużyna na koniec rundy jesiennej zajmie jedno z pierwszych sześciu miejsc, czyli znajdzie się na pozycji gwarantującej utrzymanie.
Wszystko byłoby zatem względnie OK, gdyby nie jedno. Wczoraj ofertę z II-ligowego Rakowa Częstochowa otrzymał Przemysław Cecherz, który zdecydował się rozstać z Porońcem. W dzisiejszym spotkaniu zespół gości ma poprowadzić Tomasz Rogala, który kiedyś w Poroninie pracował i to z sukcesami – wywalczył choćby awans do III ligi małopolsko-świętokrzyskiej w sezonie 2012/13. Co ciekawe, właściciel Porońca jeszcze wczoraj chlapnął, że „nie wie, czy w ogóle będą szukać trenera”.
Cóż, panowie Pawlikowscy-Bulcyk nie są pierwszymi, ani też ostatnimi, którzy na piłce mocno się sparzyli. Futbol to nie fabryka, w której zainwestujesz x środków w maszynę, a ona wygeneruje przychód o wartości y. W wielu przypadkach oparcie drużyny na zawodnikach z nazwiskiem, będących już po drugiej strony rzeki nie zdaje egzaminu. Co prawda, do końca sezonu jeszcze dużo może się zdarzyć i nie można wykluczyć tego, że Poroniec rozkręci się i zacznie ogrywać kolejnych rywali, jednak póki co wygląda to mizernie. Podobny schemat przerabiają od pewnego czasu w Miedzi Legnica, do niedawna w Zagłębiu Lubin czy Polonii Warszawa za Józefa Wojciechowskiego. Wpompowanie góry pieniędzy nie oznacza automatycznie sukcesu, a często wręcz regres.
Wiecie, kto jest aktualnie najlepszym strzelcem Porońca? Żurawski? Nie. Wolański? Też pudło. Rafał Gadzina, mający na swoim koncie pięć bramek. Gadzina (zdjęcie poniżej), który na poziomie II ligi rozegrał zaledwie dwa spotkania w barwach Kolejarza Stróże jeszcze w 2008 roku, a jego największym sukcesem jest dotarcie z Limanovią do 1/8 finału Pucharu Polski w sezonie 2011/12, w barwach której mierzył się z Wisłą Kraków (wówczas aktualnym mistrzem Polski). Trzy bramki zdobył Żurawski, dwie Nowak i Wolański. Inną ciekawostką, która źle świadczy o drużynie z Poronina jest liczba straconych goli – aż 18 w 9 meczach (walkowera z Garbarnią oczywiście nie wliczamy). Średnia – dwie bramki na mecz. Z tak dziurawą obroną nawet utrzymanie może być zadaniem ponad siły.
– Odcinamy się od Porońca i skupiamy wyłącznie na tym, żeby jutro zdobyć trzy punkty, co nie znaczy, że Poroniec pomimo tych problemów to zespół niegroźny, bo uważam, że jest to drużyna z dużym potencjałem. W rundzie wiosennej po przyjściu trenera Cecherza wygrali praktycznie wszystkie mecze, teraz też nie mają nic do stracenia, poza tym mają zagwarantowane wypłacenie pieniędzy za zajęcie szóstego miejsca, więc na pewno będą gryźli trawę – ocenia trener Krawiec.
W naszym zespole do gry wraca Marcin Grunt, który w dwóch ostatnich spotkaniach pauzował za czerwoną kartkę otrzymaną w meczu z Hutnikiem. Na ławce rezerwowych mecz rozpocznie zaś Radosław Mikołajek, który wraca do gry po ponad miesięcznej przerwie. Z zespołem trenują już także Mateusz Mąka oraz Konrad Wójtowicz. Z kolei w drużynie gości zabraknie pauzującego za kartki Marcina Malinowskiego, a także najprawdopodobniej Macieja Żurawskiego (ma zagrać w meczu Gwiazd Wisły Kraków) oraz Janusza Wolańskiego.
Na koniec warto przypomnieć, że jutrzejsze spotkanie po raz pierwszy od kilku lat będzie miało status imprezy masowej. Rozpocznie się ono o godzinie 15.
Zdjęcia: CyfraSport, Poroniec Poronin, zakopane.naszemiasto.pl



