Wywiad

„Mogło być lepiej, a mogło być też gorzej…” – rozmowa z legendą KSZO, Tomaszem Żelazowskim.

Redakcja Serwisu Klubu KSZO przeprowadziła kolejny wywiad, tym razem z jedną z największych legend ostrowieckiej piłki – Tomaszem Żelazowskim. „Żelazko” opowiedział nam o swoich początkach w KSZO, przebiegu swojej kariery oraz zagranicznych epizodach. Zapraszamy do czytania.

Redakcja: Jakie były pana początki w KSZO Ostrowiec?

Tomasz Żelazowski: Początki były takie, że ściągnął mnie tu trener Kwarczany. Było to między trzecią a czwartą klasą liceum. Wtedy w Opatowie, w klasie okręgowej zostałem królem strzelców. W tym czasie przyjechał do mnie kierownik Młodnicki i świętej pamięci Leszek Szlezyngier. Później jeszcze przyjechał pan trener Krajewski. Zaprosili mnie na test mecz. Pamiętam, że przyjechałem i strzeliłem dwie bramki. Opinia Kwarcianego była jak najbardziej pozytywna. Nie bez przeszkód (Opatów domagał się za mnie jakichś tam pieniędzy, jednak kluby dogadały się) przeszedłem do KSZO. Kontynuacja nauki w szkole kosztowała mnie pójście do wieczorowej klasy czwartej w Opatowie. Na szczęście nauczyciele i dyrektorka poszli mi na rękę. Tak trafiłem do KSZO. A początki? Potoczyły się w miarę bez problemów. Rozwijało się to harmonijnie. Wiadomo, przeskok był ciężki. Głownie w treningu, gdzie w Opatowie trenowaliśmy trzy razy tygodniowo, natomiast tu treningi zdarzały się nawet dwa razy dziennie. To był spory przeskok jak dla takiego organizmu. Wcześniej już miałem początki w juniorach Siarki, gdzie była ostra trenerka. Trener Gałek mnie tam wypatrzył. Epizod w Tarnobrzegu trwał jednak krótki okres. W KSZO było zdecydowanie ciężej. Zacząłem prawie od razu grać w pierwszym składzie, co było dla mnie niemałym sukcesem. To miejsce od początku wywalczyłem i nie oddałem. Pomału przyszły także strzelone bramki.

Jak pan ocenia trenera Kwarczanego? Jest pan zaskoczony, że cały czas w tym zawodzie pracuje(W poprzednim sezonie był trenerem w Wołyniu Łuck – przyp. red.)?

Tak naprawdę to on tam (Łuck – Ukraina przyp. red.) był bogiem (śmiech). Gdy jeździliśmy na obozy nad Morze Czarne, był kimś. W tym czasie nie było tam rozwiniętej piłki, nie było też pieniędzy tak jak i u nas. Oni tu przyjeżdżali zarabiać. Kwarciany był tam mocną osobowością. Osobiście go miło wspominam. On mi tutaj dał szansę, tu mnie sprowadził. Tak więc nie ma o czym gadać. Nie ma co ukrywać, że jego metody treningowe, jak i całej szkoły ze wschodu były ciężkie. Jednakże, ogólnie moja opinia o nim jest jak najbardziej pozytywna.

Jakie mecze z tych pierwszych sezonów w KSZO utkwiły panu najbardziej w pamięci? Z kim najlepiej się współpracowało na boisku?

Pamiętam sporo z tamtych czasów, np. pierwszą bramkę. Tego się nie zapomina. Było to w trzecim meczu w Sandomierzu. Mój gol był bramką na 1:0, niestety zremisowaliśmy 1:1. W tym czasie pamiętam wiele, ale najbardziej ostatnie mecze awansu do drugiej ligi. Awans i II liga była w tedy marzeniem. Następnie pamiętam awans do pierwszej ligi, który za trenera Palika udało nam się zrobić. Tak naprawdę jest sporo meczy do wspominania. Praktycznie można rozmawiać na temat każdego meczu osobno (śmiech).

Czy podczas pana debiutanckiego sezonu w ekstraklasie inne kluby kusiły do odejścia? Jakie to były kluby i czy żałuje pan pozostania w Ostrowcu?

Jeśli chodzi o debiutancki sezon to tak naprawdę niekoniecznie. Jedynie do Widzewa ciągnął mnie Andrzej Grajewski. Z tego co pamiętam, także chętny na mnie był ŁKS, jednak nie był to wtedy tak mocny klub. Więcej propozycji było po rundzie, w której strzeliłem 9 bramek. Wtedy z połowy ligi padały propozycje, w których można było przebierać. Pytały się o mnie np. Odra, Zagłębie Lubin oraz swego czasu Widzew. Z różnych względów nie udało się odejść. Po pierwsze nie było prawa Bosmana (prawo zawodnika do wolnego transferu przyp. red.). Nikt także nie chciał zaryzykować aby puścić mnie z Ostrowca. Ostatecznie więc zostałem. Później jednak przyszła lekko słabsza forma, zaczęły się problemy z „Achillesami” i już nie było tak różowo. Wracając wcześniej – do czasów drugiej ligi – gdy walczyłem o króla strzelców okazało się, że pół roku przed wejściem Telefoniki do Wisły, trener Apostel bardzo chciał mnie tam ściągnąć. Tak naprawdę można gdybać, co by było jakby człowiek przeszedł do Krakowa. Mogło być lepiej, a mogło być też gorzej, więc nie ma o czym gadać (śmiech).

Po udanym roku 2001, gdzie strzelił pan 9 bramek, w roku 2002 były wielkie oczekiwania dotyczące pana osoby. Nie udało się jednak strzelić żadnej bramki. Był to spory zawód? Oprócz form zdrowotnych z czego to jeszcze wynikało?

Na pewno problemy zdrowotne odgrywały bardzo dużą rolę. Nie ma co ukrywać, że zmiana szkoleniowca także się do tego przyczyniła. Odszedł Krzysiek Tochel, natomiast przyszedł trener Antoniak, który miał trochę inne metody. Uwierzcie mi, że od prowadzenia zespołu zależy naprawdę sporo. Z perspektywy czasu, gdy myślę o tym, to nie wytrzymałem też tego psychicznie. Oczekiwania były nie tylko w Ostrowcu, ale w całej Polsce. Dzwonili do mnie dziennikarze, byłem na odkryciach „Canal +”, gdzie byli wszyscy z telewizji. Pomału zaczęło się to wszystko otwierać i możliwe, że nie wytrzymałem presji. Zawód był na pewno duży. Największym było to, że fizycznie nie wytrzymały „Achillesy”. Następnie zaczęły się operacje, najpierw na jedną, potem na drugą nogę. To był koszmar. Rok czasu nie grałem w piłkę i później ciężko było wrócić. Mówi się, że tyle ile jest przerwy, to dwa razy więcej trzeba pracować, by wrócić do pełnej sprawności. W moim przypadku oznaczałoby to 2-3 lata, jednak nie ma co ukrywać lata do gry uciekały.

Z perspektywy czasu, czy korupcja w tamtych czasach odgrywała znaczącą rolę w polskiej piłce?

Powiem tak: korupcja korupcją, ale większość rozgrywała się tak naprawdę na boisku. Takie jest moje zdanie. Były to przykre sprawy, jednak tak jak mówiłem: większość działa się jednak na boisku. Fakt, że otoczka była duża, duża liczba ludzi skazanych, te wszystkie przekręty, ale taki był system. Nie ja pierwszy, nie ostatni grałem w takich czasach. Takie rzeczy się działy. Dobrze, że się tak stało jak się stało, aczkolwiek nie wszyscy wierzą, że teraz jest wszystko „ok”.

Oprócz występów w KSZO, grał pan także w Radomsku i w Turku. Jak pan wspomina te epizody?

W Radomsku byłem po kontuzji. Po roku czasu wróciłem do Ostrowca, więc nie trzeba było się zastanawiać nad powrotem. Wróciłem za Stasiaka, a chyba każdy wie, jaką był on kontrowersyjną osobą. Nie należałem do jego ulubieńców. Kiedy nie strzelało się przez jeden-dwa mecze bramki, od razu była ogromna rotacja w składzie. Nie chciałem nawet na siłę zostawać wtedy w drużynie. Po pół roku czasu rozstaliśmy się bez żadnych animozji. Po KSZO byłem w Turku rok czasu. Nie chciałem na początku tam iść, ponieważ była to trzecia liga, nieznany klub. Wspominam jednak czas tam spędzony bardzo miło. W Turze była ekipa do grania, finansowo też nie było najgorzej. Do tej pory mam tam wielu kolegów i znajomych. Grałem tam np. z Robakiewiczem, Cetnarowiczem, Majewskim, ogólnie z chłopakami, którzy grali po ligach, później był jeszcze świętej pamięci Jurek Wojnecki z Legii Warszawa. Był tam naprawdę dobry zespół i fajny klimat.

Jak pan wspomina pobyt na Cyprze? Jak doszło do tego transferu? Czym różni się tam gra w piłkę?

Nie ukrywam, że wiązałem z Cyprem spore nadzieje. Jadąc tam do drugiej ligi, chciałem zagrać pół roku i wybić się gdzieś wyżej, pograć w ekstraklasie. Jestem ciepłolubny (śmiech) i te klimaty mi pasowały. Załatwił mi to Jerzy Engel pamiętając mnie z boisk, a jeszcze wcześniej jego syn, który skontaktował mnie z nim. Trener drużyny w której grałem był kiedyś asystentem Engela, gdy ten pracował na Cyprze. Tak to poszło. Niestety grając tam, znów odezwała się kontuzja. Wróciłem do Polski i powiedziałem dość, ponieważ ból w przywodzicielu był tak ogromny, że ewidentnie był do operacji. Jednak powstały nowoczesne metody, np. leczenie hormonami wzrostu przez zastrzyki. Pomału to pomogło, co pozwoliło bawić się grą w niższych ligach.

Jak pan wspomina samo życie na Cyprze?

„Lajtowo” (śmiech). Nikt się nie spieszy, wszystko Aυριο czyli jutro. Gdy trzeba coś załatwić, to „ok”, załatwi się. Ogólnie luźne podejście do życia, aczkolwiek warunki do treningu i sama otoczka jest wielka. Ludzie na Cyprze są w piłce zakochani. Ogólnie klimat tam jest super. Szkoda, że potoczyło się to w taki sposób, ponieważ poziom nie był za wysoki i można było coś pograć więcej, nawet w ekstraklasie.

Po 2010 roku, kiedy strzelił pan bramkę z Arką w Pucharze Polski, znów kolejny wyjazd. Tym razem do USA. Jak pan wspomina ten wyjazd i jak do niego doszło?

Do tego wyjazdu namawiał mnie były piłkarz KSZO – Zbyszek Rogala. Chcieli zrobić zaciąg do Polonii Nowy Jork. Wahałem się około pół roku czy jechać. Fundowali nam bilety oraz pobyt, więc w tym wieku nie spróbować byłoby szaleństwem. Byliśmy tam cztery-pięć miesięcy. Swoje pograliśmy, swoje popracowaliśmy. Nie ukrywam, że byliśmy tam też zatrudnieni w firmie prezesa, który jest sponsorem i właścicielem tej drużyny. Fajne jest to, że „Dziewul” (Marcin Dziewulski przyp. red.) ożenił się tam i został na stałe. Do tej pory mam sporo kolegów stamtąd, np. Łukasza Poduszczaka, który przyjeżdża co pół roku czasem co rok do Polski. Ostatnio spędziliśmy nawet razem Sylwestra. Natomiast z „Dziewulem” rozmawialiśmy niedawno na Skype, bawił się nad oceanem na plaży.

Na koniec kariery grał pan jeszcze trochę w niższych ligach. Czy to bardziej była przyjemność, czy głównie chodziło o to by parę groszy do budżetu dorzucić?

Była to przyjemność, ale nie ma co ukrywać, że parę groszy tez zawsze wpadało. Gdyby nie sprawiało to przyjemności – jak w ostatnich meczach – zrezygnowałbym z tego wszystkiego. Będąc w Suchedniowie, gdzie był fajny zespół, udało nam się utrzymać III ligę. W Sandomierzu udało się wywalczyć awans do III ligi, więc też super. W Annopolu w ostatnim okresie zajęliśmy najlepsze miejsce w historii tego klubu. Podsumowując, nie było tak, że tylko byłem w tych klubach, ale także jakiś wynik zrobiliśmy.

Czy po latach jest pan w stanie wyjaśnić problemy, jakie spotkał ostrowiecki futbol po awansach do ekstraklasy?

Czy jest w ogóle ktoś taki, kto to może wyjaśnić? (śmiech) Jakby była taka osoba, była by ona lekarstwem na to, by było dobrze w polskiej piłce. Sami wiecie, że główny problem to pieniądze. Nie ma sponsora, nie ma nic. Piłka nożna jest najdroższym sportem w Polsce. Budżety klubów w ekstraklasie to kosmos na obecną chwilę. Potrzeba sponsora albo bogate miasto, które zespół utrzymuje. U nas właśnie chodziło o finanse, ponieważ infrastrukturę mamy, wszystko inne też w mieście jest. Za drugim razem, gdy były dotacje z „Canal +”, wtedy wydaje mi się, że należało inaczej to trochę robić, inaczej zaplanować wydatki. Tych pieniędzy trochę było, sponsorów też. Niestety wydatki przewyższyły dochody i tak to się skończyło, jak skończyło. Widać to np. po Odrze Wodzisław, chociaż teraz ich już nie ma, to kilkanaście lat w ekstraklasie się utrzymywali grając praktycznie na finansach „Canal +” i niedużych sponsorach. Tak to jest, że od 10 lat borykamy się z tym wszystkim. Szkoda. Może wrócą lepsze czasy.

Nie chciał pan zakończyć kariery przy Świętokrzyskiej?

Pamiętam, że jak odchodziłem z Sandomierza, to była z Rafałem Lasockim luźna rozmowa na ten temat. W tym czasie byłem jednak po słowie z Marcinem Wróblem. Tak naprawdę odegrały rolę koleżeńskie sprawy, ponieważ już było wszystko dogadane. Rafał nie drążył więcej tematu. Potem to już było za późno i nie było sensu wracać. Trzeba było coś grać niż tylko być.

Widzi się pan w trenerce? Ma pan zrobione papiery trenerskie?

Papiery praktycznie mam wszystkie-drugą klasę itd. Nie widzę się jednak w tym. Pracowałem z młodzieżą i inaczej wyobrażałem to sobie wcześniej. Jakby piłka w Ostrowcu była na wyższym poziomie, to na szczeblach menadżersko-sportowo-dyrektorskich mógłbym się odnaleźć. Uważam, że miałem oko do zawodników, których potrafiłem wyławiać. Przez chwilę byłem skautem w PZPN, zresztą działa to cały czas. Jeżeli chodzi o trenerkę, to nie widzę się. Jeżeli już, to należało zacząć to wcześniej, teraz jest już za późno żeby coś z tego było.

Raz miał pan szansę pracować w „TVP Sport” jako ekspert podczas meczu KSZO-ŁKS w pierwszej lidze. Jak pan to wspomina?

Przed kamerą zawsze się dobrze czułem. Gdy były mecze KSZO, to też zawsze brali mnie do rozmów. Nie był to żaden problem dla mnie.

Na zakończenie: trwa mundial i kogo pan widzi jako faworyta?

Cały mundial jest fajny. Pada dużo bramek, jest wiele ciekawych meczy. Trzeba się cieszyć i oglądać, a kto wygra to jest inna spawa. Nie ma Polski, więc trzeba kibicować najlepszym.

Czy uważa pan, że Polska ma szansę w przeciągu najbliższych kilku – kilkunastu lat na dobrą grę w turniejach?

Byłem optymistą (śmiech), jednak jak zobaczyłem te wszystkie drużyny, jak zaczęły grać na mistrzostwach to jest ciężko u nas. Ale cóż… wierzyć trzeba. Jest naprawdę kilku zawodników na światowym poziomie, więc może się to uda. Może kiedyś coś załapie i będziemy się cieszyć.

Dziękujemy za rozmowę.

P1080853 (Kopiowanie) 

na zdjęciu:  Tomasz Żelazowski z dziećmi.